— Rybacy — rzekł strażnik z przekąsem — chodźcie ze mną.
Stary marynarz ociągał się, ale Benenden szepnął, że wszystko w porządku (nikt tego nie słyszał prócz mnie i marynarza).
— A ja chcę iść do domu — upierał się Dick — nie pójdę z wami.
— I na cóż potrzebna wam była woda? — pytano Dicka. — Ażeby skosztować?
— Ażeby was poczęstować, jak nas będziecie wyrzucać z tej łodzi — odparł gniewnym głosem Dick.
Odpowiedział mu śmiech strażników.
Zdaje mi się, że miał tak anielski wyraz twarzy i tak niewinne spojrzenie, że strażnicy uwierzyli mu.
W każdym razie beczkę odkorkowano. Zaczęto wylewać z niej zawartość, była w niej woda, morska woda. Przyznał to nawet jeden ze strażników, który napił się pełną szklankę wody.
— Ale ma zapach wódki — rzekł wycierając usta.
Nasz stary marynarz wyjął z zanadrza flaszkę i rzekł: