— Już więcej do tego wstrętnego domu nie przyjadę. Gadajcie, co się wam podoba...
— A więc światła! — zawołał Oswald nieświadom prawdy, która po chwili miała go olśnić.
Noel pobiegł po Jankę, aby zapaliła gaz. Odkręciliśmy zamek i oczom naszym ukazał się widok nieoczekiwany.
Wyobrażaliśmy sobie, że twarz Archibalda będzie purpurowa ze złości albo śmiertelnie blada z rozpaczy, że się może spóźnić na zabawę. Tymczasem była czarna. Czarna z odcieniem granatowym. Wyglądał jak Murzyn. Ręce miał czarne, szyję też i nawet z rannych pantofli wychylały się czarne nogi.
Stanęliśmy jak wryci.
— Czemu się tak na mnie gapicie, jak cielę na malowane wrota? — wrzasnął Archibald.
Milczenie. Milczenie. Milczenie.
Tylko Janka, która najwidoczniej nie zapomniała plamy na fartuchu i spóźnionego listu, zawołała:
— Pan myślał, że podałam panu mydło. Cha, cha, cha! A to była czarna pasta do obuwia, znakomita czarna pasta, która nie puszcza...
I podsunęła mu pod nos lustro, w którym Archibald zobaczył swoje czarne oblicze.