— A teraz — zawołał Oswald z rozpromienioną twarzą — mam już wszystko!
Zdziwione rodzeństwo wytrzeszczyło oczy, więc Oswald jął cierpliwie tłumaczyć.
— Jest to zrządzenie losu. On pragnie, więc też mieć będzie.
— Co takiego? Co takiego mieć będzie? — pytał każdy.
— Sympatycznych czytelników i przychylną publiczność...
A oni w dalszym ciągu nie rozumieli rzeczy tak jasnych i prostych dla Oswalda.
— Będzie z tego większy pożytek niż z uśmiercania smoków, które nigdy nie istniały; będzie to prawdziwy ślubny prezent, taki, jaki pragnęliśmy mu ofiarować.
Zniecierpliwione rodzeństwo rzuciło się na Oswalda, powaliło go na ziemię, wepchnęło pod stół i siadło na nim, pragnąc w ten sposób przynaglić go do udzielenia wyjaśnień.
— Powiem wam, powiem, ale puśćcie mnie! — Oswald zaczął się wraz z nimi przewalać. Przy tej okazji H. O. zaczepił butami o serwetę i pociągnął ją na podłogę łącznie z kałamarzem, kajetami i ręczną robótką Dory.
— A więc powiem wam... My będziemy publicznością, my będziemy czytelnikami, my napiszemy do redaktora, co myślimy o rozdziale, w którym jest mowa o Geraldinie.