— Gadaj, gaduło! Skarż, skarżypyto — zaczął wymyślać Archibald.
— Poszliśmy na górę. Powiedział, że zrobimy coś nadzwyczajnego, ale przedtem muszę dać słowo honoru, że nikomu nie powiem, a teraz woda cieknie... — jęczał braciszek poeta.
— Po coś to zrobił, głuptasie, przecież mówiłem tylko naumyślnie — rzekł nasz wstrętny kuzyn.
— Nie rozumiem — odezwał się Oswald — coś kazał zrobić Noelowi?
— On wam nie powie, ponieważ mi przyrzekł — triumfował Archibald — a ja wam powiem, o ile zaręczycie mi honorem, którym szczycicie się tak bardzo, że nie powiecie nikomu, iż miałem coś z tym wspólnego.
Noel stawał się coraz bledszy, a myśmy drżeli, że lada chwila wróci wuj albo ojciec.
— Przyrzekamy, ty potworze, przyrzekamy! — zawołaliśmy.
— Oto, co wynika, gdy ktoś starszy zadaje się ze smarkaczami. Opowiadałem mu, że najlepiej jest zatamować krew uciskając żyły, a ten głuptas pytał, czy to samo będzie, gdy zakręci śrubkę przy rurze od wodociągu. A potem zmajstrował coś.
— To twoja wina, tyś mi to kazał zrobić! — wołał Noel zielony z rozpaczy.
— Noelu, idź z Alą, ona cię uspokoi — powiedział Oswald — my ciebie nie opuścimy, ale pamiętaj, bracie, dotrzymać danego słowa i ani ojcu, ani wujkowi nie pisnąć nic o tym łobuzie.