— Ale nie starsi panowie — rzekł Noel — pomyślcie o naszym wujku. H. O. myślał początkowo, że to jest niedźwiedź.
— A może wstaje o świcie i dziwi się, że mu nie podają śniadania — powiedziała Ala.
Zaczęliśmy nadsłuchiwać przed jadalnią. Nie było w niej nikogo; z gabinetu panny Sandal dochodziły dźwięki tej samej piosenki, którą nieznajomy nucił poprzedniego wieczoru.
Weszliśmy do jadalni, ażeby zaczekać na panią Bil i naszego lokatora. Lecz to, co się ukazało oczom naszym, wprawiło nas w największe zdumienie! Zapomnieliśmy — jak to się mówi — języka i stanęliśmy oniemieli.
Czytałem już w książkach „o ludziach, którzy nie wierzyli oczom swoim” i zdawało mi się, że są to głupstwa, ale doprawdy, wchodząc do jadalni autor nie wiedział, czy śni, czy też stoi wobec rzeczywistości.
— Odsłońcie firanki! — zawołała Ala.
Odsłoniliśmy firanki. Pragnę, ażeby czytelnicy byli na równi ze mną zdziwieni.
Wczorajszego wieczoru ściany jadalni były śnieżnobiałe. Teraz były pokryte wspaniałymi różnokolorowymi obrazkami. Jakieś cudowne gwiazdy, barwne kwiaty.
— Jak pięknie — zawołała Ala — co za poczciwy człowiek! Jak nam ozdobił mieszkanie.
— Spójrzcie na tego anioła — pokazał Noel — muszę coś o nim napisać.