— Sama jesteś nieznośna — odburknął Dick.

Wszyscyśmy byli w okropnych humorach, źli, skrzywieni, przemarznięci i strasznie brudni. O wschodzie słońca opuściliśmy naszą sypialnię. Zimno było.

— Nigdy już w moich poezjach nie będzie mowy o wschodzie słońca — rzekł Noel — nie podoba mi się ani świt, ani wschód słońca, człowiek marznie i nic więcej.

Dostaliśmy się do kuchni, wyszorowaliśmy się porządnie i Ala rozpaliła ogień. Ugotowaliśmy herbatę i jajka. Dora wyciągnęła resztkę chleba i poprawiły się nam humory. Spojrzeliśmy na zegar. Było dopiero wpół do szóstej.

Trzeba się było zamknąć w którymś pokoju aż do przyjścia pani Bil. Ale w którym?

— Będziemy podsłuchiwać pod wszystkimi drzwiami, dopóki nie usłyszymy jego chrapania — rzekła Ala — i zaczekamy w sąsiednim pokoju.

Lecz w żadnym sypialnym pokoju nie rozlegało się chrapanie.

— A może to był złodziej i udawał, że wynajmuje mieszkanie, a potem zbiegi z kosztownościami — powiedział H. O.

— Przecież nie ma tu żadnych kosztowności — odparł Noel.

— A może nie chrapie podczas snu? — zastanowił się Oswald. — Są podobno ludzie, którzy nie chrapią.