Jakiś pan wziął małą na ręce, inni przestali śpiewać, a dzieciak darł się wniebogłosy bijąc rękami i nogami w powietrzu. Pan zdjął maskę, a wóz posunął się powoli dalej.
Tymczasem na przeciwległym końcu placu jakaś uboga kobieta z na wpół obłąkaną twarzą przedzierała się przez tłum pięściami i łokciami, krzycząc przeraźliwie:
— Mańka! Mańka! Mańka! Dziecko zgubiłam! Porwali mi dziecko!... Zdusili!... Zdeptali!...
Krzyczała tak już od chwil paru, tu, to tam, popychana przez tłum, wśród którego chciała się gwałtem przedrzeć.
Tymczasem ów pan na wozie trzymał na rękach małą, przytulając ją do wstążek i koronek na piersiach, a wzrokiem szukając matki. Daremnie jednak chciał uspokoić dziewczynkę, która zakrywszy twarz rękami krzyczała, jakby jej serduszko pęknąć miało. Inni panowie z wozu dawali jej cukierki i pomarańcze, ale odtrącała wszystko, coraz bardziej przerażona i coraz niespokojniejsza.
— Ludzie! Szukajcie matki tego dziecka! — krzyknął pan.
Wszystkie głowy zwracały się to w prawo, to w lewo, matki nie było wszakże widać nigdzie. Nareszcie przy samym wylocie ulicy Rzymskiej na plac kobieta owa rzuciła się z krzykiem do wozu. Ach, nigdy jej nie zapomnę!
Niepodobna była do ludzkiej istoty.
Włosy rozpięte, zwichrzone, twarz wykrzywiona, odzież poszarpana a krzyk radości i trwogi, więcej do ryku zwierzęcia niż do głosu człowieczego podobny. Z rykiem tym wyciągnęła ręce, zakrzywiwszy palce jak szpony. Wóz stanął.
— Macie tu swoją małą! — rzekł pan i ucałowawszy dziewczynkę podawał ją matce. Kobieta chwyciła dziecko jak furia. Ale jedna z rączek maleńkiej nie mogła się przez chwilkę wyplątać z wstążek i koronek pana, który zdjąwszy z palca brylantowy pierścień włożył go szybkim ruchem na paluszek dziecka i rzekł: