I wyciągnęła z koszyka z jarzynami szkatułeczkę z białej, wyzłacanej tektury.
Derossi zaczerwienił się cały, cofnął krokiem i rzekł rezolutnie:
— Niech to pani da synowi. Ja nie przyjmę. Dziękuję!
Kobieta zafrasowała117 się strasznie i przepraszała zmieszanym głosem:
— Nie chciałam panicza obrazić... To tyłko trochę karmelków...
Ale Derossi potrząsnął tylko głową, że nie przyjmie.
A wtedy z wielką nieśmiałością wyjęła z koszyka pęczek różowych rzodkiewek i rzekła:
— Niechże chociaż paniczek te rzodkiewki weźmie, świeżuteńkie, i mamie zaniesie.
Derossi uśmiechnął się na to.
— Nie! Bardzo dziękuję, ale nic nie chcę. Zrobię, co będę mógł dla syna pani, bo jest moim kolegą i poczciwym chłopcem, ale nic nie przyjmę. Dziękuję!