Biedny Mularczyk bardzo ciężko chory. Powiedział nam nauczyciel, żebyśmy go odwiedzili; więc umówiliśmy się: Garrone, Derossi i ja, że pójdziemy razem, Stardi także miał iść, ale że nam nauczyciel zadał ćwiczenie o pomniku Cavoura131, więc poszedł ten pomnik oglądać, żeby opis był dokładniejszy.
Tak na próbę zaprosiliśmy też z sobą tego pyszałka Nobisa, ale powiedział krótko: „Nie” — i koniec. Vatini także się wymówił, może ze strachu, żeby sobie ubrania nie pobielić.
Poszliśmy we trzech po wyjściu ze szkoły o czwartej. Deszcz lał jak z cebra. Na ulicy zatrzymał się Garrone i z gębą zapchaną chlebem zapytał:
— A co mu się kupi? — Tu zabrząkał dwoma soldami, które miał w kieszeni.
Daliśmy każdy po dwa soldy i kupiliśmy trzy duże pomarańcze, po czym weszliśmy na poddasze. Derossi odpiął przede drzwiami swój medal i schował go do kieszeni.
— Dlaczego? — zapytałem.
— Nie wiem — odpowiedział. — Żeby nie myślał... tak mi się zdaje, delikatniej jakoś bez medalu iść...
Zapukaliśmy. Otworzył nam ojciec, ten wielkolud murarz. Twarz miał stroskaną i jakby przestraszoną.
— A co to panicze za jedni?
Garrone wysunął się naprzód.