Ale Mularczyk nic nie odpowiedział, tylko matka jego szlochać zaczęła.

— Ach, biedaczysko moje, biedaczysko! Taki dobry, taki poczciwy, a teraz Pan Bóg go nam chce zabrać! O Jezu!...

— Ciszej — krzyknął zrozpaczony murarz — ciszej, na miłość boską, bo zwariuję. — A potem do nas dysząc ciężko:

— Idźcie, idźcie, chłopcy! Dziękuję... Idźcie! Tu nie macie co robić... Do domu idźcie! Dziękuję...

A Mularczyk zamknął oczy i zdawał się umierać.

— Może byśmy w czym posłużyli? — zapytał Garrone.

— Nie, dobry paniczu, nie! Idźcie do domu. — Mówiąc to zagarnął nas ręką ku drzwiom i zamknął je za nami. Zaledwieśmy jednak byli w połowie schodów, słyszymy, woła:

— Garrone! Garrone!

Tak pędzimy wszyscy trzej z powrotem.

— Który to Garrone? — pyta murarz ze zmienioną twarzą. — Niech idzie... Dwa razy go po nazwisku wołał... Czeka... Niech prędko idzie! Ach, Boże Wszechmogący! Może to dobry znak!