A przecież, pożerany gorączką, która go do grobu wtrącić miała, walczył z chorobą, żeby tylko dłużej jeszcze służyć swej ojczyźnie.
— Dziwna rzecz — mówił na łożu śmierci. — Nie mogę już czytać, nie mogę pisać, a tyle jest do roboty!
A kiedy gorączka się wzmagała i opuszczały go siły, tak mówił do lekarzy głosem rozkazującym prawie:
— Leczcie mnie, śpieszcie, bo umysł mój się zaciemnia, a potrzebuję koniecznie całej jasności jego dła ważnych spraw kraju.
Kiedy już godziny jego były policzone, kiedy całe miasto oblegało z niepokojem dom jego, a krół stał przy jego wezgłowiu, tak mówił z wysiłkiem:
— Wiele ci rzeczy miałbym mówić, królu... wiele ci rzeczy pokazać... ale już sił nie mam... Nie mogę... I to mnie zabija, że już nic dla ziemi mojej i dla ciebie, królu, uczynić nie mogę...
Myśl jego zwracała się ciągle gorączkowo do spraw państwa, do prowincji, które się połączyć miały z nami, do wielkiego, nie skończonego jeszcze dzieła jedności narodowej.
Świadomość nikła już prawie, a jeszcze wołał:
— Nauczajcie dzieci... kształćcie młodzież... Rządźcie wolnomyślnie krajem!
Już śmierć była nad nim i ogarniał go obłęd konania, a jeszcze wołał generała Garibaldiego, z którym był poróżnił się dawniej, żeby szedł naprzód, naprzód... Jeszcze dopominał się o Rzym dla Włoch, o Wenecję. Miał ogromne widzenia przyszłości Włoch i Europy, śniło mu się jakieś najście obcych ras, obcych plemion, pytał o wojsko, o wodzów, drżał i wtedy jeszcze o swój lud, o kraj...