A ojciec mój tymczasem patrzył na te nagie ściany, na ubogie łóżko, na kromkę chleba i ampułkę oliwy będące na oknie, a twarz miał taką, jak gdyby chciał mówić:

„O biedny nauczycielu! I to cały twój dobytek, cała nagroda po sześćdziesięciu latach ciężkiej pracy?”

Ale staruszek wcale nie był smutny i z wielką żywością zaczął mówić o naszej rodzinie, o innych nauczycielach z tamtych lat dawnych, o kolegach mego ojca. Ojciec jednych pamiętał, innych nie mógł sobie przypomnieć, więc sobie obydwaj udzielali wiadomości to o tym, to o tym, aż wreszcie ojciec przerwał tę rozmowę prosząc nauczyciela, żeby poszedł razem z nami zjeść śniadanie we wsi.

Staruszek serdecznie dziękował, ale zdawał się niepewny, czy ma przyjąć to zaproszenie. Ojciec nie ustępował i ująwszy obie jego ręce prośbę swą ponowił.

— Ale jakże ja będę jadł tymi trzęsącymi rękami? — mówił nauczyciel. — Przecież to i dla drugich przykry widok.

— Już my panu pomożemy — rzekł na to mój ojciec.

Przystał więc staruszek i tylko głową kiwał, i uśmiechał się.

— Co za dzień! Co za piękny dzień, kochany panie Bottini! — mówił zamykając na klucz drzwi wchodowe. — Do końca życia będę go pamiętał!

Podał ramię mój ojciec nauczycielowi, on zaś wziął mnie za rękę i zaczęliśmy schodzić ścieżyną.

W drodze spotkaliśmy dwie bose dziewczynki, które pędziły krowy, i chłopca biegnącego z pękiem zielska na plecach. Poznał ich nauczyciel i objaśnił nas, że to są dwie uczennice i uczeń tutejszej dwuklasowej szkoły. Rano pasą bydło i pracują w polu boso, a potem się obuwają i do szkoły idą.