— Do Kordowy... Do takiego miasta.

Westchnął ciężko chłopczyna, a potem z rezygnacją odrzekł:

— Kiedy tak, to ja muszę także udać się do Kordowy.

— Ach, biedny malcze! — zawołał pan patrząc na niego litośnie. — Ależ to przecie o jakie sto mil stąd!

Marek zbladł jak trup i oparł się ręką o kratę.

— Zobaczymy, zobaczymy — mówił pan, tknięty współczuciem, i otwierając drzwi dodał:

— Wejdź na chwilę, zobaczymy, czy ci w czym pomóc można.

Kazał mu usiąść i opowiedzieć rzecz całą, a wysłuchawszy z wielką uwagą namyślał się czas jakiś, po czym rzekł szybko:

— Nie masz pieniędzy, nieprawdaż?

— Mam jeszcze... trochę — odpowiedział Marek.