— Dalej towarzysze, na stół miedziaki!
— A to zuch! Sam, przez takie morze!...
— Dzielny chłopak! Napijże się, rodaku!
— Nie może inaczej być, tylko cię wyprawim do matki!
I już jeden klepał go po ramieniu, już drugi uszczypnął go w policzek, już trzeci odejmował mu torbę. Inni emigranci zaczęli się też zbliżać od stołów swoich powstawszy.
Historia chłopca obleciała w mig oberżę całą; z sąsiedniej stancji przyszło kilku Argentyńców i mniej niż w dziesięć minut stary Lombardczyk, który nadstawiał kapelusza, miał już w nim czterdzieści dwa liry.
— Widziałeś — rzekł wtedy zwracając się do chłopca — jak to wszystko galopem w Ameryce idzie?
— Pij, zuchu! — zawołał któryś z gości podając Markowi szklankę wina. — Za zdrowie twojej matki!
Wszyscy podnieśli szklanki, zaczęli się trącać, a Marek powtarzał:
— Za zdrowie... mojej... — A wtem radosne jakieś łkanie tak mu ścisnęło gardło, że postawił szklankę na stole i rzucił się na szyję staremu.