— Są na pauzie — odpowiedział odźwierny — pójdę powiedzieć nauczycielce. — I zniknął.
Ogrodnik zamilkł, ale nie mógł znaleźć sobie miejsca. Oglądał obrazy na ścianach, ale znać było, że ich nie widzi wcale.
Wtem drzwi się otwarły, weszła nauczycielka czarno ubrana, prowadząc za rękę dziewczynkę.
Ojciec i córka patrzyli na siebie przez chwilę, a potem rzucili się sobie z okrzykiem radości w objęcia. Dziewczynka była ubrana w sukienkę w paski różowe i białe i w biały fartuszek. Wyższa jest ode mnie. Rozpłakała się i ściskała ojca za szyję obu rękami.
Wreszcie oderwał ją od siebie ojciec i zaczął ją od stóp do głowy oglądać rozpromienionym wzrokiem, dysząc tak, jakby gdzieś z daleka przybiegł, aż zawołał:
— Ach, jak urosła! Jak wyładniała! Ach, mojeż kochanie! Moja biedna Ludwisia! Moje niemowlątko drogie! — Tu zwrócił się do nauczycielki: — Proszę też, łaski pani, pokazać mi jakie znaki, coby mnie choć trochę rozumiała! Ja się duchem nauczę... Żeby aby mnie choć oskubinkę rozumiała!
Nauczycielka uśmiechnęła się i zapytała dziewczynki z cicha:
— Kto jest ten człowiek, co cię odwiedzić przyszedł?
A dziewczynka grubym jakimś, dziwnym głosem, zupełnie jakby dziki jaki pierwszy raz mówił po włosku:
— To... mój... oj... ciec...