— Ka-ta-rzy-na Gior-da-no!
— Ach, dobra panienko! — zawołał ogrodnik i wyciągnął rękę, jak gdyby chciał ją pogłaskać, ale wnet cofnął się zmieszany. — Ach, dobra panienko! A niechże ci Bóg błogosławi! A niechże ci da szczęście na ziemi i w niebie! I całej familii! Taka panna, mój Boże, a taka dobra! Dla mego dziecka taka, dla mojej Ludwisi! A niechże cię anieli niebiescy piastują. Robotnik ubogi jestem, ojciec tego biedactwa. A dziękuję ci, panienko, z duszy, serca!
Panna pogłaskała małą, trzymając ciągle głowę spuszczoną i uśmiechając się. Ogrodnik złożył ręce przy ustach i patrzył w nią jak w cudowny obraz.
— A jak chcecie, to możecie teraz zabrać z sobą waszą córkę.
— Czy chcę? — odrzekł wesoło. — Zabiorę ją ze sobą do Kordowy dziś, a jutro to znów ją tu odprowadzę.
Dziewczynka pobiegła się ubrać.
— Tociem jej trzy lata nie oglądał. Ale teraz patrzajcież — mówi! Zaraz ją do Kordowy biorę. Niech się wszyscy cieszą! A jeszcze wpierw to po Turynie trochę pochodzę z moją tą niemotą! Niech ją wszyscy widzą! I zaprowadzę ją do moich znajomych, żeby też słyszeli! O Boże, Boże, żem też tej pociechy dożył! Dawajże rękę, Ludwisiu! Bierz ojca pod rękę!
Dziewczynka, która wróciła w czepeczku i w pelerynce, wsunęła mu rękę pod ramię.
— I kłaniam się wszystkim pięknie! — mówił Grzegorz już z proga. — I wszystkim z duszy, serca dziękuję! I jeszcze się tu powrócę, żeby wszystkim dziękować!
Nagle zatrzymał się, jakby uderzony jakąś myślą, puścił dziewczynkę, wrócił z ręką w kieszonce od kamizelki i krzyknął jak wariat: