I zaprowadził mnie do małej stancyjki za sklepem, która była zarazem kuchnią i jadalnią, tam stał w kącie stół, a na nim książki, kajety i owo rozpoczęte zadanie.
— Patrz! Właśniem zostawił drugą odpowiedź w powietrzu... — I zaczął czytać: — „Ze skóry robi się obuwie, rzemienie”; teraz dodam jeszcze: „tłumoki... walizy...” — Tu chwycił pióro i zaczął pisać swoim pięknym, kaligraficznym pismem.
Ale w tej samej chwili dał się słyszeć głos wołający w sklepie:
— Jest tam kto? Cóż to, nie ma nikogo?
— Jestem! Idę! — Odkrzyknął Coretti, skoczył do pierwszej izby, odważył drzewo, wziął za nie pieniądze, pobiegł do księgi z regestrami, zapisał kupno i powrócił mówiąc: — Zobaczymy, czy mi się uda dokończyć to zdanie. — I pisał dalej — „... worki podróżne, tornistry dla żołnierzy...”
Wtem krzyknął: — Kawa kipi... — i pobiegł do piecyka, żeby odstawić imbryk od ognia.
— To kawa dla mamy — rzekł wtedy — więc muszę się starać, żeby była dobra. Zaczekaj chwilkę, to ją zaniesiemy. Mama się bardzo ucieszy, jak ciebie zobaczy. Już cały tydzień leży w łóżku... Aj, do licha! Zawsze sobie palce poparzę tym imbrykiem! Co by tu jeszcze dodać do tych tornistrów dla żołnierzy? Chciałbym jeszcze coś, ale już nie wiem. Pójdźmy do mamy!
Otworzył drzwi i weszliśmy do drugiej małej stancyjki; tam w dużym łóżku leżała matka Corettiego z głową obwiązaną białą chusteczką.
— Przyniosłem kawę, mamo! — rzekł Coretti podając filiżankę. — A to jest mój kolega szkolny...
— Ach, dobry panicz — przemówiła kobieta — przyszedł odwiedzić chorą, nieprawdaż?