— Kto to zrobił? Który z was? Czyś ty rzucił? Gadajcie zaraz, kto taki? — I oglądali chłopcom ręce, który miał mokre od śniegu. Garoffi stał najbliżej mnie. Zdawało mi się, że drży i że ma twarz bladą jak nieżywy.
— Kto rzucił?... Który z was? — krzyczą dokoła nas ludzie. A wtedy posłyszałem, jak Garrone mówił Garoffiemu z cicha:
— Idź, przyznaj się! Byłoby podle z twojej strony pozwolić, żeby przytrzymali innego.
— Ale ja nieumyślnie... — odszepnął Garoffi drżąc jak liść na wietrze.
— To nic nie znaczy! Uczyń, coś powinien! — powtórzył Garrone.
— Ale kiedy ja się boję!...
— Nie bój się! Pójdę z tobą.
A tymczasem strażnicy coraz głośniej krzyczeli:
— Kto rzucił?... Który rzucił?... Okulary mu do oka wbili! Oślepili go! Zbóje!...
Myślałem, że Garoffi w ziemię się zagrzebie.