poprzedza rozmową wyrozumiały zestaw

sprzętów codziennego użytku.

Jaskrawa żyletka na tle zacieków mydła.

Ten tępy kranik plujący się jak facet

po piątym piwie, bodajże wczoraj,

na schodach przy rynku.

W końcu jakoś płynie, jak każda woda

na tej planecie, poranek bez nazw,

mroków i półcieni:

wielkie święto jak każdego roku.