białej, przesiąkniętej pleśnią.

Potem prześcieradło wdarło się na pierwszy plan.

Zagrało scenę z wiatrem, sznurkiem, z upadkiem

na ziemię. Już wieczorem było szmatą

i następnego ranka nie istniało.

Rozdzielone na włókna,

przyczepione do drutów, do drzew,

których gałęzie sięgają aż tu, wysoko,

do pokoju, gdzie ona umarła, we wtorek,

nad ranem, podobno przed czwartą.