poszło w cholerę całe lustro. Jedynie pociąg, pocięte siedzenia, skaj i trawa

palona w półmroku i postać w rozkroku, która za chwilę cię uderzy.

Usta z sączącym się monologiem, wszystkie świąteczne słowa, zagadki

i pytania, których nie zadałbym wcale, gdyby nie okno, zakurzona framuga,

pył naprowadzający stale na jedną i tę samą metaforę, opadającą

jak świetlisty refren, kadencje w muzyce.

Akord bez początku.

Wszystko co brudne zmieniające się w czyste.