aż na jej twarzy wykwitał uśmieszek, jak pleśń zabarwiająca kawy,

które sto lat temu zostawili rodzice w filiżankach białych jak puch gęsi,

delikatnych jak śmierć, mocnych jak gęsta rzęsa na jeziorze. Słowem:

żadnego nowego wrażenia, tylko ten plastik szczęśliwy i gadzi

uśmiech, złoto zabawiające się z rajfurem, błękitny kryształ

w piździe kochanki. Nie pamiętam kiedy otworzyła drzwi

prosząc nas: spadajcie.

Nieważne są te rzeki i strumienie, w których ukrywa się ciernik,

z gniazdem ze śliny, puchu i kamieni, ani błoto wysychające na podeszwie

buta, którego już nie włożysz, bo wkradł się demon, pękły szwy,