At, co tu gadać. Wszystkie wy dobre!

I już nie odzywam sie więcej. Posiedziała, podumała i poszła. I przestała zaczepiać.

Noco leżał ja jak baba: od ściany, żeby chorego boku żonka nie trąciła, bo boli. Przysuwa sie, odsuwa, kręci sie z dópy na dópe, nogo po łydce mnie szoruje. Co z tego, kiedy kloc ze mnie, drgnąć nie moge. Za ściano tamta poskrzypuje łóżkiem, czerwiec, krew babom sie burzy, a ja, ech wyszło: dwie baby w domu, jedna gruba, druga cieńka i nie moge z żadno! O, teraz to i do tamtej ja by sie dobrał, żeby zdrowy był, a co! poszedby do niej w nocy, Jej Bohu poszedby, toż nie odepchnęłaby taka, uch, wysmulałby ja jo, bladziuszke, trochu inaczej niż tamten pizdryk!

A Handzia kolanami grzebie. To mówie: Jak tak chcesz, to leź na wierzch.

Ja na wierzch?

A co!

Jak?

A odsuń pierzyne, ja na środku sie ułoże.

Co ty!

Leź, mówie, już mnie napaliło, już widze tamto, co pod lampo było: Nałaź!