Wychodzo obydwie, za nimi dzieci. To pan? dziwi sie ona, pan mnie odwiezie?

Nie dasz rady, Kazik, po co to tobie? szkoduje291 Handzia.

Ja nic nie mówie, czekam.

Kłado w półkoszki plecak, torbe, waliske, figurka do rączki przywiązana, papierem owinięta. Handzia wciska jej koszyk przykryty obrusikiem, cały czas ślozy obcierawszy. A ta nic, uśmiecha sie jeszcze, zimna jak z kamienia. Pocałowała dzieci w czoło, Ziutkowi ręke podała, a kiedy do Handzi przystąpiła, ta rozryczała sie w głos, po dzieciaku chiba mniej płakała. Nawet tato czapko oczy wycierajo: A niech panienka przyjedzie do nas latem, zapraszajo.

Kto wie, może wpadne, tak pod koniec lipca.

Na Anne292, mówio tato, bedzie odpust293 w Turośni. Przyjedzie? Niech przyjedzie!

Przyjedzie! śmieje sie ona i macha palcami.

To ja lejce szarpie, ruszamy. Uczycielka jeszcze im ręko pomachuje: rozryczeli sie cało hurmo, wychodzo za nami na droge. Objeżdżamy klon. Ona siedzi przy mnie jak żonka. A wzdłuż płotow widze głowy: baby stojo, męszczyzny, rozniosło sie, że ona odjeżdża. Czekajo.

Dowidzenia panience! krzyczo za nami.

A kiedy przyjedzie?