Handzia wróciła, obtupała nogi z gnoju i cielakowi szykuje mleko z zasypko. Przepraszam, mowi uczycielka, i spod pieca na dzieci patrzy, na Stasie i Władka, jak kotłujo sie w pierzynie, nogi zadzierajo gołe, bo w sukienkach jeszcze, ciągajo sie, przewracajo: Mnie ciekawi, mówi, kto ich przyjmował przy połogu? Babka? Oczy spuszczamy, bo pytanie nie za delikatne. Na co jej o takie rzeczy sie pytać, niezamężnej dziewczynie?

Nie, mowi Handzia, nie babka.

No i chyba nie doktor?

A na coż doktor?

To kto?

Handzia mnie pokazuje głowo, że ja, a ona aż odkręca sie od pieca: Pan, panie Kazimierzu? Pan?

Wszystkich czterech, chwali Handzia. A ja biere ceberek i ciele poje. A kątek zagrodzony drabino, żeby nie wyłaziło z słomy na chate.

I pan potrafił? dopytuje sie ona jeszcze, pan się na tym zna?

Toż chodzi sie koło żywiny, ja na to, toż i świni proszo sie, krowy cielo, kobyły źrebio. I żeb sie odczepiła od tej sprawy, mówie o cielaku: Nu, zdaje sie niezadługo bedzie możno wyprowadzić już jego z chaty. Już on mocny.

A ciele z ceberka siorbie, oczy przypluszcza jak narzeczona, a tak jemu dobrze, że od razu w słome popuszcza. Uczycielka marszczy sie, rozgląda sie po chacie dokładnie, jakby świdrem badała i głowo kręci. Jak w buszu, mówi, całkiem jak w buszu, ech, niedziela niedzielą, a szkoła szkołą, wzdycha i wstaje od popielnika.