Co? Co takiego? pyta sie Grzegor, rozgląda sie po nas, po ścianach. Co tak patrzycie? Nu co? Co takiego?
Ale już dżwi brasneli, jedno po drugim odstępujem, tyłem przez prog, Ostańcie z Bogiem mowim, głowy kłonim, wychodzim przez sień, a cicho, a w strachu, jak przez zakrystie!
Całe subote nic tylko gadało sie o Grzegorze. Takich obrazow jak u Domina było w wiosce więcej, Dunaj mieli, Litwin czarny i jeszcze paru, obraźnik kiedyś furo jeździł po żniwach, żytem ludzi kupowali, kto Matkeboske, kto Pana Jezus, a kto Pietra. Nu i masz tobie: taki sam święty między nami żyje! Straszno sie zrobiło, coś wisiało w powietrzu, dobrego abo złego, cudem pachniało przed Wielkanoco! W Palmowe Nidziele jak co roku raniuśko równo z kogutami chłopcy, kawalerka ruszyli po chatach z łozami, biczować. A jakże, i do nas wpadli, ale ja już przyodział sie, przyobuł, a palmuje sie tylko tych, co śpio. Nu i z Handzi i dzieciow pierzyne zerwali i dalejże siekać łozami po nogach, po plecach, po dópie, sieko, podśpiewujo Palma bije nie zabije, kości łamie nie połamie, pamiętajcie chrześcijanie, że za tydzień zmartwystanie! biczujo, a Handzia skacze i wiszczy w łóżku, poduszko sie zasłania! Ziutek też oberwał, ale mniej, pożałowali, tatka tylko dla fasonu tknęli po kożuchach, dziadkow sie nie siecze. Pożytek z tego biczowania taki, że kto wypalmowany, całe wiosne lato bedzie budził sie ze słonkiem, wstawał letko.
Palmowanie palmowaniem, ależ obiadem, rożaniec sie odmawiało, a za oknami widzim: dwa nowe dziady ido drogo!
A nawet dzieciak poznałby, że to nie dziady, tylko ktoś inny: nawet psy nie szczekali za nimi, jak za dziadami szczekajo. On wysoki był, z czarno brodo, lat pod czterdziestke, pańskiej postawy i pańskiego chodu, choć torbe powiesił, a odzienie poszarpane, brudne, walonki ubłocone do kolanow. Ona też większego rostu niż nasze baby, cieńsza, twarz delikatna, oczy mądre i pobożne. Oboje gadali nie po naszemu, po pańsku: byłem, poszedłaś, chodziłambyś, często wstawiali jakieś słowa całkiem niejasne, jakby żydoskie. Zaszli do Grzegorychi i na wioske już nie wyszli! A cóż to za dziady, co nie żebrajo? Cóż to za dziady, co ręce, nogi, oczy majo, co po cudzym bagnie ido jak po swoim, ścieżki znajo, nie potopio sie na oparzelach241? Dwa dni mijajo, trzy, oni z chaty nie wychodzo.
Wypytujem sie Grzegorychi, co to za najazd żebraczego rodu, może klasztor u niej bedzie? Tłómaczy, że nie wygania, bo co tam, jedzo jak pustelniki, byle co, na słomie śpio, a, niech bedo. Grzegor gospodarzy, po świętach da na zapowiedzi, kobieta tkać na krosnach próbuje, tylko brodaty siedzi na stołku, dumki duma. Ależ czemu oni pojawili sie w Wielkim Tygodniu? Co to za dziw? Co za cud wisi w powietrzu?
Jak mnie dzieciak umar, wspominam, stanoł Pioter nad kołysko jak święty, ręce podnios i mowie wam: mało cudu nie było! Jeszcze trochu, a wstałob żywe!
Twarz ta sama, co na obrazie, mówio Domin, te dwie broźny od oczow przez twar, to od ślozow, bo płakał zawsze, że Pana Jezusa sie wypar!
Tylko to jedno nie pasuje, mówie, że on jakoś niebardzo pobożny: raz, że z babo w jednej chacie żył bez ślubu. Dwa, że jakiś taki w obejściu sie zwyczajny, niepański.
A Domin: Ten zawsze zwyczajny był, toż z prostego człowieka wyszed, rybaczył!