A na co ksiądz! rozpalili sie Kuśtyk. A na co tyle drogi?
Żeby to sie wiedziało na pewno, że oni święte, mówie, to możnoby i bez księdza ofiarować.
To ty jeszcze nie wierzysz, że oni święte? Ty, naznaczony? Chodźcie! wstajo Szymon z pieńka i prowadzo na gumno.
Pomogli my Kuśtykowi założyć konia i jedziem o te pare domow dalej, do Grzegorychi.
A zima sie przesilała, najczęściej tak bywa, że zima puszcza w nocy z Piątku na Subote Wielkiego Tygodnia: w Piątek jeszcze mroźno, śnieg, lody, i naraz w Subote ciepło jak w maju, wiaterek mięciuśki, szpaki świergotajo, a kury wrzeszczo jak szalone, nioso sie na święta, ojcom chrzestnym, matkom chrzestnym, żeby mieli swoim chrześniakom włoczebne250, a po cztery jajka daje sie każdemu, Domin i Dunaj po kopie251 rozdajo, obydwa po tyle samo majo chrześniakow, obydwa równo szanowane. A i chłopcom trzeba jajkow dać, jak przydo pod okna śpiewać Alleluja i Konopielke, ach, co za dzień piękny, wiosna, radość, w pole niedługo, chłopcy odkryjo głowy, a co śmielsze bedo bose, bose stano na ziemi jeszcze niedogrzanej, zime naciskawszy bosymi nogami, żeby prędzej odchodziła, o wiośnie zaśpiewajo, o polu, Ej cieńka leńka w polu konopielka, a jeszcze cieniejsza u ojca córeńka!
I tego Piątku tak samo czuło sie na drodze, że jutro wiosna pęknie, kury sie rozkrzyczo, na płotach pierzyny zabielejo, a kto niekto może i dubeltowe okna wyjmie i porozmyka chate na oścież. Radość ma sie zacząć na świecie, a czemuż Taplary majo być smutne? Ach, przypomnimy sie jemu, Zbawcy Świata, żeby i o Taplarach pamiętał, poratował od zagłady! Zatrzymali Szymon fóre przed samym progiem Grzegorychi, żeb bliżej było nosić do komorki, lejcy zawiązali na kołku, straszno sie nam robi, ale nic to: przeżegnawszy sie, wchodzim do sieniow, z sieniow do chaty, Domin na przedzie:
Niech bedzie pochwalony Jezus Hrystus!
Przy samym progu Grzegorycha nad koszem kartofli skrobała i drobiła na piątkowy krupnik. Brodaty siedział na pieńku i do piecy chrost podkładał, kobieta pod lampo krosnami sie bawiła, koło niej pod lampo Pioter chomont w kolanach trzymał, skórzane uściełke252 przy poduszce zszywał. O, powiedział, popatrzywszy na nas, sąsiedzkie odwiedziny, siadajcie!
Usiedlim na ławie, patrzym na nich. Pioter szyje szczerze, Brodaty podkłada do piecy, ale na nas popatruje skosa, podparszy sie ręko na kolanie, kobieta tka, ale też spogląda.
A wystarczyło raz spojrzeć, żeby wiedzieć, kto Oni! On, jaki postawny, jaki ważny, oczy jakie czarne i mądre. Niestary, a ileż siwych włosow bieleje w czarnej brodzie, ach, wycierpiał On, wypłakał niemało. Ręce pańskie, figura pańska, spojrzenie pańskie! A ona! Jaka delikatna i dobra! Jaka twarz pobożna. Włosy rozczesane na środku, cienka chustka na szyje sie zsunęła. Jak sprytnie białymi palcami łapie czółenko253, puszcza między osnowo, jak zgrabnie płocho254 wątek przybija. A spokoj jaki od Niej idzie, łaska, dobroć!