Każdego rogu ulicy pilnują policjanci, a prócz tego bloki domów tego okręgu, który się oficjalnie nazywa „Slave market”61, są powierzone opiece policyjnych kawalerzystów, których rumaki mają kunsztownie zawiązane na węzeł ogony.
2. Floptown
Przylegające ulice tworzą dzielnicę nędzarzy. Pokruszony albo zawalony mur, spróchniałe albo zgniłe deski stanowią front, znikają jednak poza żelaznymi, z okien na ulicę prowadzącymi, pożarowymi schodami. Nędzne pokoje służą jako masowe kwatery; można się tam do spania rzucić na ziemię, „flop”.
I tutaj we Floptown chodniki oblężone są przez stojących na nich mężczyzn. Przez tych, którzy już więcej nie chodzą na Canal Street na targ niewolników, którzy pogrzebali już nadzieję znalezienia pracy.
Z drugiej strony przychodzi z Canal Street do Floptown ten, kto ma koszulę, 5 centów i tyle próżności, aby ją kazać uprać. Widzi się go, jak siedzi w „Cut rate laundry”62 i z nagą górną połową ciała czeka, aż Chińczyk namoczy koszulę, namydli, wyżmie, wysuszy, zmagluje i wyprasuje.
Autochtoni pozwalają swoim zębom szczękać. Szczęśliwy jest ten, kto ma przynajmniej płaszcz, choćby tylko taki, po którym widać, że tak samo często zmieniał swój zawód, jak jego posiadacz: płaszcz służył już jako chustka, jako poduszka pod głowę, kołdra, torba, papier do pakowania.
Misje kościelne, armie uzdrowienia i Hobo College63, uniwersytet ludowy dr Benno Reittmanna64 urzędują tutaj, w okręgu zamieszkałym przez swych zwolenników.
3. Krowa pani O’Leary
Dom 558 na Koven Street stoi na lokalnie historycznym gruncie. Osiemnastego października 1871 roku pewnej niedzieli o dziewiątej godzinie wieczorem szła ówczesna właścicielka tego domu, Mrs. O’Leary, do stajni, gdyż zebrane u jej lokatorów w dniu urodzin towarzystwo chciało mleka. Krowa, rozwścieczona, że w porze przeznaczonej do spania jeszcze jest wyzyskiwana, wymierzyła postawionej obok niej olejnej lampce kopnięcie nogą i w okamgnieniu stajnia zapaliła się jasnym płomieniem.
Krzycząc, wybiegła Mrs. O’Leary na ulicę, zanim jednak nadeszła pomoc, wiatr przeniósł płomienie na wiązania dachów sąsiednich domów i dalej na sąsiednie domy, aż w końcu całe Chicago stało w jasnym ogniu. Dopiero we wtorek zatrzymał się szalejący wiatr. Siedemnaście tysięcy domów, drewnianych i na wpół murowanych, zostało spalonych albo zwalonych; 190 milionów dolarów podano jako wynagrodzenie szkód w towarzystwach ubezpieczeń; 98 000 osób zostało bez dachu, dwieście zginęło w płomieniach, prawie tysiąc rannych. Ścisłe badanie urzędowe przyznało bez wątpienia winę należącej do pani O’Leary krowie. Wobec tego trzymanie bydła w granicach Chicago zostało wzbronione.