W chwili odjazdu spadł deszcz. Spoglądamy wzdłuż brzegu Florydy z tęsknotą za kasztelami i willami na czarodziejskim brzegu.
Pomiędzy Palm Beach a Miami spotkaliśmy nocą olbrzymi jacht. Jego maszty, kominy i poręcze są iluminowane żarówkami w kolorach tęczy, z pokładu brzmi jazz-band. Jasne pary tańczą, jedna dama w jasnozielonym stroju, oparłszy nogę na schodku, daje znaki nam, którzy, obcy jej na zawsze, przejeżdżamy mimo.
Jeszcze jeden okręt prześcigamy, dziwną pogłębiarkę. Jest dwupiętrowa, wygląda jak dom dla lalek, kabiny otwierają się na zewnątrz statku. Pracuje się tam jeszcze przy pompach, wyrzucany w górę szlam kieruje się przez na kilometr długą rurę na brzeg, gdzie stanie się ziemią uprawną.
Gdy spoglądamy w tył, widzimy, jak płomienne, jaskrawe kontury statku milionera zlewają się ze światłami statku roboczego, jak gdyby stały po bratersku obok siebie. W rzeczywistości dzieli je odległość.
Uf! Już wiele wody upłynęło, od kiedyśmy opuścili Jacksonville, ostatni port naszej podróży.
„Hannawah” w międzyczasie zrobił trzy kroki, każdego dnia jeden swoimi dwustumilowymi butami, i teraz płynie ku równikowi pod Krzyżem Południa198, sześcioma gwiazdami, które wieczorem tworzą podwójny krzyż.
Nie było łatwo to zapisać i będzie co dzień trudniej. Upał przewala się ponad pokładem, upał ogrzewa wodę i wciska się pod śmigi wentylatorów.
Chodzimy nago, chustka do nosa, w którą się jeszcze wczoraj ubieraliśmy, jest dzisiaj zrzucona, przylepia się zbytnio do skóry.
Mam zawroty głowy, noce spędzam bezsennie także wówczas, kiedy nie jestem na służbie.