Objeżdżamy właśnie wyspy Bahamy, Brytyjskie Indie Zachodnie, w stronę San Salvador, gdzie wylądował Kolumb. Dzisiaj płynie się między Kubą a Haiti na Morze Karaibskie i do doldrums199 — coś, co ma związek z ciszą i gorącym prądem powietrza i prawdopodobnie posiada także niemiecką nazwę.
W tym tropikalnym upale mieszkałem z dziewięcioma innymi.
Jest sześciu marynarzy „A. B.” (able-bodied seamen) i nas czterech pomocników, ordinary seamen.
Ośmiu ma koje, urządzone po dwie jedna nad drugą. Tylko stary ordinary, który ma płaskie stopy, jąka się i jest traktowany jako pewien rodzaj głupca, i ja wisimy w środku izby.
Gdy człowiek się szczęśliwie wdrapie do hamaka, buja się on jeszcze długo, jak bujała się moja kołyska, którą opuściłem — tak, rzeczywiście przed dwudziestu dwoma laty.
Dwie grube chusty rozłożone są na hamaku, jednak nie przeszkadzają zupełnie, że rano mam na swej skórze wzór przylegających do siebie rombów.
My w dziesięciu nie wypełniamy sami całej przestrzeni skants, jest tam jeszcze dziesięć blaszanych szaf na ubrania robocze i roboczą bieliznę i dwie duże szafy na ubrania do wyjścia. Nad nimi śmiejąca się, na pół obnażona subretka200 — kalendarz ścienny jakiejś firmy z przedmiotami marynarskimi w Seattle w Waszyngtonie. Przed każdymi dwoma łóżkami ławka, na którą rzuca się buty i ubranie, kiedy się kładzie, a pod nią stoją kufry. My, dwaj nietoperze, nie mamy naturalnie ławki; nasza odzież musi po prostu leżeć na ziemi, a na nasze miejsce spoczynku wdrapujemy się przy pomocy krzesła.
Drzwi są otwarte, a smarownicy w kabinie naprzeciwko puszczają aż do północy gramofon, zagłuszany popisami na dwóch gitarach hawajskich.
Powietrza w naszej sypialni nie można nazwać dobrym, albowiem ubrania, bielizna i buty, w których wszyscy przez cały dzień pracowali, nocą parując, wypoczywają.
Nie jest także żadną miarą przyjemne słuchać urywków muzyki gramofonowej, czując, jak skóra impregnuje się wzorem przylegających do siebie rombów.