Podczas przeszukania w domu majora znaleziono mnóstwo obciążających materiałów — dość powiedzieć, że ostatecznie akta śledcze ważyły 120 kg. Były one przechowywane w wielkiej skrzyni i pilnowane przez strażników, kontrolowanych osobiście przez obu oficerów. Raz w trakcie nieobecności majora Haberditza Redl próbował uzyskać od dr. Seligera pozwolenie na wgląd w pewien bardzo ważny i ściśle tajny rozkaz mobilizacyjny, który znajdował się w aktach. Seliger odmówił, powołując się na instrukcje, jakie otrzymał w tej kwestii, i Redl odszedł bardzo niezadowolony. Niedługo potem zwrócił się do majora audytora z prośbą o wysłanie do Rosji, gdyż w Warszawie mógłby zbadać niewyjaśnione jeszcze aspekty sprawy. Jednak przewodniczący komisji odmówił, twierdząc, że nie widzi związku takiego śledztwa z prowadzonym postępowaniem. Po ujęciu kolejnego wspólnika, kapitana Alexandra Achta, osobistego adiutanta lwowskiego komendanta, komisja wróciła do Wiednia, gdzie kontynuowano przesłuchania aresztowanych.
W tym okresie w zachowaniu Redla zaszła uderzająca zmiana. Jak poprzednio za wszelką cenę usiłował wykazać winę Hekaily, tak obecnie z równą gorliwością starał się udowodnić jego niewinność. Doszło do tego, iż sędzia śledczy Haberditz robił mu wyrzuty w cztery oczy, twierdząc, że dalsza współpraca staje się niemożliwa. Wynikła z tego gwałtowna kłótnia, po której Haberditz udał się do szefa biura ewidencyjnego, pułkownika Hordliczki92, z żądaniem odwołania Redla z funkcji biegłego. Pułkownik zasadniczo przyznał rację Haberditzowi i obiecał wpłynąć na Redla, oświadczył jednak, że na odwołanie nie może się zgodzić, gdyż to właśnie dzięki majorowi zdołano zdemaskować winnych, nie chce zatem zaszkodzić Redlowi, zważywszy jego zasługi. Major Haberditz zadowolił się tym, a Redl rzeczywiście usunął się nieco w cień i nie próbował już ingerować w przebieg śledztwa.
Któregoś dnia Redl zaproponował nawet, że przywiezie z Warszawy fragment instrukcji mobilizacyjnej, rzekomo skopiowanej przez samego majora Wienckowskiego, ponieważ Austro-Węgry miały na liście płac zaufanego oficera rosyjskiego z warszawskiego sztabu generalnego, który bez problemu mógłby wydobyć ten dokument z dossier „H”. Jednak trzy tygodnie później majorem Haberditzem głęboko wstrząsnęła wiadomość, przyniesiona przez Redla, który lodowatym tonem oświadczył, iż oficer ów został przyłapany podczas majstrowania przy tajnej skrytce. Przeprowadzono u niego rewizję i w biurku znaleziono rachunki, wystawione dla Austriaków. Dwa dni później został powieszony na mocy wyroku w trybie doraźnym.
Po zdemaskowaniu Redla jego podwójna gra z tamtego czasu stała się całkowicie zrozumiała — najwidoczniej on sam sprzedał Rosji plan mobilizacyjny Austrii, oświadczając jednocześnie, że koniecznie potrzebuje także jakiegoś sukcesu szpiegowskiego na rzecz Wiednia. Był mu on niezbędny tym bardziej, że kradzież tego dokumentu została ujawniona i musiał znaleźć się kozioł ofiarny. Wtedy Rosjanie wydali mu głównego podejrzanego — Hekailę. Rosyjski sztab generalny uczynił to bardzo chętnie, gdyż po ucieczce Hekaily do Brazylii stał się on dla Rosji zbyteczny, a nawet niewygodny. Rosjanie oszukali bowiem majora, wypłacając mu tylko połowę obiecanych pieniędzy, i teraz obawiali się jego zemsty. Jednak gdy śledztwo zostało rozszerzone na czynnych oficerów austriackich (Wienckowskiego i Achta), których sztab rosyjski potrzebował, Redl musiał odpierać wyrzuty i groźby ze strony Warszawy. To dlatego starał się za wszelką cenę udowodnić niewinność obu oskarżonych i nakłonić wymiar sprawiedliwości do umorzenia śledztwa. Ponieważ manewr ten się nie powiódł, Redl musiał w inny sposób przekonać Rosjan o swojej bezwarunkowej lojalności. Popełnił wówczas największe łajdactwo, zdradzając rosyjskiego oficera sztabu, który szpiegował dla Austrii, i w ten sposób posyłając go de facto93 na szubienicę.
Hekailo, Wienckowski i Acht dostali wyroki od ośmiu do dwunastu lat pozbawienia wolności. Wienckowski zmarł w wiezieniu w Josefstadt.
Inny przypadek — kiedy to Redl zdradził i wydał na śmierć pewnego rosyjskiego pułkownika, szpiegującego na rzecz Austrii — jest godny wzmianki ze względu na sposób tej denuncjacji. Następca tronu Franciszek Ferdynand odwiedził Petersburg94 i w kilku kwestiach politycznych doszedł do porozumienia z carem95. W drodze powrotnej towarzyszył mu podpułkownik Müller, ówczesny austro-węgierski attaché wojskowy w Petersburgu. W czasie podróży arcyksiążę polecił mu, by nie drażnić cara przez niepotrzebne prowokacje szpiegowskie. Müller pożegnał się z następcą tronu w Warszawie. Tutaj zgłosił się do niego rosyjski pułkownik sztabu generalnego, Cyrill Petrowitsch Laikow, z propozycją sprzedaży całego planu mobilizacyjnego Rosji. Takiej okazji nie mógł Müller zmarnować; wbrew instrukcjom arcyksięcia zgodził się na pośrednictwo w nabyciu dokumentu. Po niedługim czasie, spędzonym na polowaniu, Müller powrócił do Petersburga i zaraz pierwszego dnia spotkał się z bardzo chłodnym przyjęciem wśród ludzi dotychczas mu życzliwych. Dopiero gdy przeczytał w gazetach o samobójstwie Laikowa, zrozumiał powód tego oziębłego traktowania. Dowiedziano się mianowicie, że ten nieszczęśnik zaproponował Müllerowi sprzedaż dokumentacji wojskowej i podejrzewano tego ostatniego o wydanie pułkownika. Nie był to jednak rzeczywisty powód towarzyskiego ostracyzmu — oficerowie rosyjscy mieli Müllerowi za złe, że zdradził swego własnego szpiega. Tymczasem Müller, odwołany zresztą tego samego dnia, był zupełnie niewinny. Były poseł do parlamentu, hrabia Adalbert Sternberg, który spotkał się w tej sprawie z żoną wielkiego księcia Pawła96i z arcyksięciem Franciszkiem Ferdynandem, po rozmowie doszedł do wniosku, że to Redl ponosi pełną odpowiedzialność za wydanie Laikowa Rosjanom, a zatem w konsekwencji także za jego śmierć.
Poseł Sternberg obwinia między innymi właśnie pułkownika Redla o doprowadzenie do wojny światowej. „Ten łajdak — mówi o Redlu — donosił na każdego austriackiego szpiega, bowiem przypadki podobne do sprawy Laikowa powtarzały się wielokrotnie. Wyjawiał nasze tajemnice Rosji i uniemożliwiał zdradę rosyjskich tajemnic Austrii. To dlatego ani Wiedeń, ani Berlin w 1914 roku nic nie wiedziały o istnieniu siedemdziesięciu pięciu dywizji piechoty rosyjskiej (więcej niż liczyła cała armia austro-węgierska); w konsekwencji nieświadomi niczego Austriacy ochoczo parli do konfliktu zbrojnego, a w efekcie do klęski militarnej”.
W istocie oskarżenie, że Redl wydał Rosji wszystkich austro-węgierskich (a nawet niemieckich) szpiegów działających na jej terytorium, było wielokrotnie wysuwane przez osoby zaangażowane w sprawy wywiadu. Słuszność tych przypuszczeń jest wysoce prawdopodobna, podobnie jak założenie, że pułkownik zdradził Rosjanom także konkretne plany przygotowań do wojny. W odpowiedzi na interpelację austriacki minister obrony, generał-porucznik Georgi, zdementował te doniesienia, jednak mylił się w tym przypadku tak samo jak wówczas, gdy próbował określić czas działalności szpiegowskiej Redla. Georgi został właściwie uwikłany w intrygę przez sztab generalny, który nakazał mu, by bez względu na wszystko ratował honor jednego ze „swoich” — nawet po tym, jak udowodniono mu największą zbrodnię wojskową. Pułkownik Redl był gotów sprzedać każdą tajemnicę, ujawnić wszystko, czego tylko odeń zażądano. Dla każdego, kto wiedział, w jaki sposób został zwerbowany do służby szpiegowskiej na rzecz wroga i jak dalece zależny był od swoich mocodawców, było to zupełnie jasne.
Człowieka o takich zdolnościach i na takim stanowisku jak Redl nie można było nakłonić do szpiegowania towarzyszy broni ot tak, w zwyczajny sposób. A ten zwyczajny sposób wyglądał przeważnie następująco: młody podporucznik w forcie Cattarro97, Drohobyczu98 lub Rasuljaca, nudzący się tam śmiertelnie, otrzymywał pewnego pięknego dnia list od jakiejś redakcji szwajcarskiej czy holenderskiej z prośbą o napisanie reportażu o nastrojach okolicznych mieszkańców i krajobrazie, słyszano bowiem o jego talencie literackim itd. Próbował zatem; pisał artykuł i wysyłał go, następnie dostawał jeden numer tej gazety, którą zwykle drukowano specjalnie w tym celu, widział z wielką radością swoje nazwisko, otrzymywał honorarium w wysokości dwustu franków i pochwały zachwyconej redakcji. Później proszono go o przesyłanie innych wiadomości albo proponowano mu objęcie posady redaktora w Lozannie lub Hadze99 (z iście królewską pensją) i radzono, by postarał się o urlop. Gdy odmówił, posługiwano się szantażem: podobno przedstawiciele ambasady austro-węgierskiej próbowali się dowiedzieć, kim jest autor artykułów, ale gazeta nie zdradziła tajemnicy redakcyjnej, „ponieważ nie chciała stracić cennego współpracownika”. To wystarczało zwykle biednemu podporucznikowi. Jeśli nie będzie nadal posłuszny, zostanie zdemaskowany. „Nieautoryzowane ujawnienie informacji prasie”, może nawet „zdrada tajemnicy wojskowej”... — ostatecznie wszystko można uznać za tajemnicę wojskową!
Wyżsi oficerowie, odkomenderowani karnie do granicznych garnizonów, albo tacy, którzy z powodu nudy i samotności zaczęli pić i grać hazardowo, uzależniali się od lichwiarzy, którzy ochoczo udzielali im pożyczek. Paskarze ci byli zwykle na żołdzie sąsiedniego państwa. Cała banda takich krwiopijców grasowała na początku stulecia w Galicji i Bukowinie100. Uprawiając swój proceder, potrafili rozmaitych Hekailów, Wienckowskich czy Achtow zmusić do szpiegostwa na rzecz wroga.