— Czy pan pułkownik nie zgubił przypadkiem pokrowca na scyzoryk? — pyta portier.
— Tak — odpowiada bezmyślnie pułkownik Redl i odruchowo chowa niewielki przedmiot do kieszeni. — Gdzież to ja go mogłem...
Przerywa gwałtownie. Przecież użył scyzoryka do otwieraniu kopert z pieniędzmi w drodze z urzędu pocztowego! To w taksówce zgubił futerał. Patrzy na człowieka, stojącego obok portiera i bez skrepowania przeglądającego z ogromnym zainteresowaniem listy położone na kontuarze.
Pułkownik Redl nie dokończył pytania. Zbladł śmiertelnie. Już wie: za kilka godzin umrze!
Wychodzi na ulicę. Ogląda się za siebie i rusza na prawo wzdłuż Herrengasse30. Nim dochodzi do rogu przy kawiarni Central31, odwraca się ponownie, by zbadać, czy z hotelu nikt nie wychodzi. Nikt. Ale nie podobają mu się mężczyźni opuszczający restaurację Klomsera.
Jeden z agentów prosi portiera, by zatelefonował pod tajny numer 12348, należący pionu policji politycznej.
— Niech pan powie, że wszystko w porządku. Futerał jest własnością pułkownika Redla.
Gdy obaj agenci dochodzą na róg Strauehgasse32, pułkownika już tam nie ma. Nie widać go ani na Strauchgasse, ani na Wallnerstrasse33. Czy możliwe, że tak szybko dotarł na Haarhof34, prowadzący do Naglergasse35? Nie, nawet gdyby biegł. A więc zniknął w dawnym budynku giełdy, który ma trzy wyjścia: dwa przez kawiarnię Central i jedno w kierunku Freyung36. Pełen szacunek dla człowieka, który zaledwie przed chwilą został znienacka zdemaskowany i którego życie wisi na włosku, a on już z zimną krwią myśli o ucieczce.
Tymczasem dzwoni telefon — z hotelu Klomsera do policyjnej centrali, ze Schottenringu37 na Stubenring38. To tam znajduje się biuro wywiadowcze c. k. sztabu generalnego. Pułkownik Redl! Oficerowie z grupy wywiadowczej są ogromnie podekscytowani. Ich przełożony, ich nauczyciel, ich przewodnik, ich doradca okazał się tym, kogo od dawna szukają. Kapitan Ronge39, następca Redla na stanowisku kierownika biura, udaje się osobiście na pocztę główną, aby wypytać urzędnika, jak wyglądał odbiorca listów. Jest tam także kartka, na której podejrzany odręcznie pokwitował przesyłkę na poste restante. W międzyczasie agenci w biurze ewidencyjnym szukają próbki pisma Redla. Materiału porównawczego jest pod dostatkiem: napisane przez pułkownika rozporządzenie o werbowaniu i kontroli szpiegów, pięćdziesiąt paragrafów schematu zbierania materiału szpiegowskiego, normy dotyczące ujawniania szpiegów w kraju i za granicą, gruba teczka akt pochodzących z lat 1900–1905... Wszystko to trafia teraz na stół. Gdy kapitan Ronge wraca z poczty z kartką „Bal w operze 13” w ręku, nie potrzeba długiego badania. Słowa są wprawdzie zapisane słabo i cienką kreską, ale tak podobnie, że o pomyłce nie może być mowy. To pismo pułkownika Redla.
Detektywi ścigają tymczasem swoją ofiarę. W bramie przechodniej na Freyung znów spostrzegli poszukiwanego. Lecz on także ich zauważył. I wie, że nie zdoła uciec dwóm agentom naraz. Wyjmuje więc z kieszeni papiery (jak się później okazało, bardzo mocno go obciążające — musi się ich pozbyć, jeśli chce ocalić życie) i próbuje je zniszczyć. Podarte skrawki wyrzuca w bramie. Spodziewa się, że jeden z agentów zatrzyma się, by podnieść kartki, on tymczasem ucieknie temu drugiemu. Jednak obaj idą za nim dalej. Na Freyung zatrzymują auto i nakazują szoferowi jechać pomału za ściganym. Wtedy dopiero jeden z nich wraca, zbiera rozrzucone w bramie skrawki i idzie z nimi natychmiast na policję. Stamtąd papiery zaraz wędrują do biura ewidencyjnego, którego pracownicy pieczołowicie składają w całość fragmenty podartych kartek. Są to pokwitowania pocztowe, dowody nadania przesyłki pieniężnej do pewnego podoficera, Stefana H.40, i trzy potwierdzenia wysłania listów poleconych: do Brukseli, Warszawy i Lozanny. Wszystkie te adresy znane są biuru wywiadowczemu jako centrale szpiegowskie. Wiedziano od kilku miesięcy, że była to praca na rzecz Rosji, gdyż w Ejdkunach znajduje się rosyjsko-niemieckie przejście graniczne. Ponieważ Rosja prowadziła działalność szpiegowską we współpracy z Francją, adres brukselski (ekspozytura francuskiego wywiadu) nie był dla nikogo wielką niespodzianką. Co innego Lozanna — siedziba włoskiej centrali wywiadowczej.