— Tak, oczywiście, do pewnego stopnia. Ale będę tak zadowolona z tych pieniędzy, że wcale nie myślę o tym. Widzisz — westchnęła — jaka ja jestem materialistka?
Przez dłuższą chwilę nie było odpowiedzi, po czym młodzieniec trochę obcesowo zapytał:
— Powiedz, ile lat ma teraz ten Jamie?
Pollyanna podniosła głowę z wesołym uśmiechem.
— Ach, przypominam sobie, że nigdy nie lubiłeś imienia „Jamie” — spojrzała nań figlarnie. — Mniejsza o to, teraz jest on zaadoptowany legalnie i przypuszczam, że używa nazwiska Carew, więc będziesz go mógł tak nazywać.
— Ale to mi jeszcze nie mówi, ile on ma lat — przypomniał jej Jimmy zimno.
— Przypuszczam, że nikt nie wie dokładnie. Bo widzisz, on sam nie umie powiedzieć, lecz sądzę, że jest mniej więcej w twoim wieku. Ciekawa jestem, jak on teraz wygląda. Pytałam właśnie o to wszystko w liście.
— Ach, pytałaś! — Pendleton spojrzał na list, który trzymał w ręku i począł go obracać w palcach podejrzliwie. Przeszło mu teraz przez myśl, że chętnie by go podarł, wyrzucił, byleby tylko nie wysłać go do miejsca przeznaczenia.
Zdawał sobie dokładnie sprawę, że jest zazdrosny, że zawsze był zazdrosny o tego młodzieńca, noszącego to samo, co on, a jednak całkiem inne imię. „To nie znaczy, że jestem zakochany w Pollyannie” — tłumaczył samemu sobie. Oczywiście, że zakochany nie był, po prosto nie miał ochoty, żeby ten obcy chłopak o babskim imieniu przyjeżdżał do Beldingsville, bo był pewien, że mu swą obecnością zepsuje humor. Miał tyle do powiedzenia Pollyannie, ale jakaś dziwna siła mroziła mu słowa na ustach. Po pewnym czasie wyszedł, zabierając ze sobą ów nieszczęsny list.
Że Jimmy nie zniszczył i nie podarł listu, okazało się już po kilku dniach, gdy Pollyanna otrzymała pełną radości odpowiedź od panny Wetherby i gdy Jimmy przyszedł następnym razem, musiał treści tego listu wysłuchać, a właściwie tylko niewielkiej jego części, bowiem Pollyanna poprzedziła czytanie słowami: