— Tak, wiem — skinął głową doktor.
— Pollyanna zdaje sobie z tego sprawę, że ty, ja i połowa miasteczka zabawia się z nią chętnie w tę jej grę i że jesteśmy dzięki temu o wiele szczęśliwsi. — Głos pani Chilton zadrżał na chwilę, po czym przybrał znowu nutę poważną. — Lecz gdyby uświadomiła sobie, że przedstawia sobą coś, co ludzi uszczęśliwia, stałaby się nieznośna we współżyciu. Cokolwiek jej powiem, nie wolno mi wspomnieć o tym, że jedzie do Bostonu, aby wyleczyć z melancholii panią Carew — zakończyła pani Chilton, wstając energicznie z krzesła i odkładając do szuflady swą robótkę.
— Uważam, że postępujesz bardzo rozsądnie — pochwalił żonę doktor.
Pollyanna dowiedziała się o wszystkim nazajutrz rano i to w sposób następujący:
— Moja droga — zaczęła pani Polly, gdy na chwilę zostały same — jakby ci się podobało spędzenie zimy w Bostonie?
— Z tobą?
— Nie, ja postanowiłam jechać z wujem do Niemiec, ale pani Carew, przyjaciółka doktora Armesa, zaprasza cię do siebie na zimę i przypuszczam, że przyjmiemy to zaproszenie.
Twarzyczka Pollyanny posmutniała.
— Ależ ja w Bostonie nie będę miała Jimmy’ego, ani pana Pendletona, ani pani Snow, ani nikogo ze znajomych, ciociu Polly.
— Nie, kochanie, lecz nie miałaś ich również tutaj, dopóki ich nie znalazłaś.