— Chodźcie, chodźcie, dzieci, już najwyższa pora udać się na spoczynek! — W wesołym nastroju całe towarzystwo rozeszło się po namiotach.
I tak mijały dni za dniami. Dla Pollyanny były one pełne czaru, jak zresztą i dla reszty towarzystwa.
Z Sadie Dean gawędziła Pollyanna o nowym Domu dla Pracujących Dziewcząt, o owocnej pracy pani Carew. Mówiły również o dawnych czasach, kiedy to Sadie sprzedawała żaboty za kontuarem i o tym, ile dobrego uczyniła dla niej jej obecna opiekunka. Pollyanna nasłuchała się mnóstwo o starych rodzicach „tam w domu” i o tym, jak się Sadie radowała, że może im teraz nawet materialnie pomagać.
— A przecież w gruncie rzeczy wszystko to zawdzięczam tobie — powiedziała Sadie pewnego dnia do Pollyanny, ta jednak potrząsnęła energicznie głową, protestując:
— Głupstwa pleciesz! To wszystko zrobiła pani Carew.
Z panią Carew Pollyanna także rozmawiała o Domu i o najbliższych planach dotyczących mieszkających w nim dziewcząt. Tylko raz jeden na spacerze o zmroku pani Carew zaczęła mówić o sobie i o swym zmienionym ustosunkowaniu się do życia. W pewnej chwili i ona tak samo, jak Sadie Dean, zaznaczyła:
— Ale wszystko to zawdzięczam tylko tobie.
Pollyanna jednak nie przywiązywała do tego zbyt wielkiej wagi i zaczęła mówić o Jamiem.
— Jamie jest kochany — zawołała pani Carew z czułością. — Kocham go jak własnego syna. Nie mógłby być droższy dla mnie, gdyby był nawet synem mojej siostry.
— Więc pani przypuszcza, że jednak nim nie jest?