— Żadna niespodzianka w takim dniu nie może mnie ucieszyć — zmarszczyła brwi ciotka Polly. — Któż mógłby być zadowolony w taką pogodę? Spójrz, jaki deszcz pada! To już trzeci deszczowy dzień w tym tygodniu.

— Masz słuszność, ale wiesz, że słońce nigdy nie wydaje się takie jasne, jak wtedy, kiedy zabłyśnie po kilku deszczowych dniach — uśmiechnęła się Pollyanna, zawiązując zręcznie czarną aksamitkę na szyi ciotki. — Chodźmy już. Śniadanie gotowe. Zdziwisz się, jak zobaczysz, co dla ciebie przygotowałam.

Ponurej twarzy ciotki Polly nie zdołały jednak rozchmurzyć nawet kukurydziane placki. Z niczego nie była zadowolona, wszystko wydawało jej się okropne i czuła się tego dnia szkaradnie. Pollyanna powoli traciła cierpliwość, nim jeszcze śniadanie dobiegło końca. Na domiar wszystkiego, dach na oszklonej werandzie przeciekał i poranna poczta przyniosła jakiś wybitnie nieprzyjemny list. Pollyanna robiła, co mogła. Śmiejąc się, oświadczyła, że ona ze swej strony bardzo się cieszy, iż dach przecieka, a co do tego listu, to woli, że nadszedł dzisiaj, niż gdyby miał nadejść dopiero za kilka dni. W każdym razie nieprzyjemna wiadomość należy już w tej chwili do przeszłości, a najgorzej jest wówczas, gdy się coś przykrego ma w najbliższej perspektywie.

Tłumaczenia te zajęły jej prawie cały ranek do południa i wreszcie ciotka Polly, uspokojona nieco, spojrzała niecierpliwie na zegar.

— Ale to już pół do czwartej, Pollyanno! Czy wiesz o tym? — zawołała nagle. — A ty jeszcze nawet łóżek nie posłałaś.

— Nie, cioteczko, ale pościelę. Nie martw się.

— Czy nie słyszałaś, co powiedziałam? Spójrz na zegar, moje dziecko. Przecież to już dawno po trzeciej!

— Nie ma nieszczęścia, cioteczko. Powinnyśmy się cieszyć, że nie minęła jeszcze czwarta.

Ciotka Polly machnęła niecierpliwie ręką.

— Tylko ty z takich rzeczy potrafisz się cieszyć — mruknęła z przekąsem.