— Właśnie o tym moim domu pragnę z tobą pomówić, drogie dziecko — przerwał pan Pendleton niecierpliwie. — Wiesz, Pollyanno, jak sobie ten dom kiedyś wyobrażałem, jakie miałem nadzieje, i wiesz także, że nadzieje te się nie ziściły. Nie sądź, moja droga, że żywię jeszcze żal do twojej matki. Jestem daleki od tego. Poszła tylko za głosem swego serca i miała słuszność. Uczyniła lepszy może wybór, bo współżycie ze mną prawdopodobnie byłoby dla niej rozczarowaniem. I czyż dziwne jest, Pollyanno — dorzucił głosem drżącym — że właśnie córka tej ukochanej kobiety potrafiłaby wprowadzić mnie na drogę, którą mogę dojść do prawdziwego szczęścia?
Pollyanna nerwowo zagryzła wargi.
— Ależ, panie Pendleton, ja... ja...
I tym razem pan Pendleton dał jej znak, aby milczała.
— Tak, ty to uczyniłaś, Pollyanno, i twoja gra w zadowolenie.
— Ach! — Pollyanna wyraźnie odetchnęła z ulgą. Wyraz lęku przygasł w jej oczach.
— I w ciągu tych wszystkich lat powoli stawałem się innym człowiekiem, Pollyanno. Tylko jedno w moim życiu się nie zmieniło. — Umilkł na chwilę, po czym skierował smutne spojrzenie w jej stronę. Nie mogłem znaleźć ręki kobiecej, która by zmieniła atmosferę mego domu.
— Tak, ale dziecko pan znalazł — wtrąciła pośpiesznie Pollyanna, patrząc nań znowu z przestrachem. — Myślę w tej chwili o Jimmym.
Pan Pendleton zaśmiał się głośno.
— Wiem, ale zdajesz sobie przecież sprawę, że Jimmy już teraz nie jest dzieckiem — zauważył.