Pollyanna uśmiechnęła się i skinęła główką.

— Tak, chyba rzeczywiście nie mogła zostać. Przypuszczam, że komuś tam była potrzebna. Zawsze jest komuś potrzebna w lecznicy. To bardzo męczy, jak człowiek wiecznie jest potrzebny ludziom, prawda? Bo nigdy nie ma się ani chwili czasu dla siebie. Ale z drugiej strony przyjemnie jest być komuś potrzebnym, prawda?

Nie było odpowiedzi, może dlatego, że pani Carew zastanawiała się nad tym, czy istnieje ktoś taki na świecie, komu by ona rzeczywiście była potrzebna, nie dlatego, że pragnęła, aby ktoś tę potrzebę odczuwał, lecz po raz pierwszy dopiero przyszło jej to na myśl. Najwyraźniej była zagniewana i niechętnie spoglądała na dziecko drepczące przy swoim boku.

Pollyanna nie widziała tej chmury na obliczu swej nowej opiekunki. Oczy Pollyanny błądziły dookoła, pełne radości i zaciekawienia.

— Mój Boże, jak tu dużo ludzi — dziwiła się co raz bardziej. — Więcej nawet niż było wówczas, gdy ostatni raz przebywałam w Bostonie. Ale nie widziałam jeszcze nikogo ze znajomych. Oczywiście ta pani z małym dzieckiem mieszka w Honolulu, więc na pewno tutaj jej nie ma, ale ciekawe, czy Zuzia Smith będzie na dworcu, bo mieszka stale w Bostonie. Może ją pani zna? Zna pani Zuzię Smith?

— Nie, nie znam Zuzi Smith — odpowiedziała sucho pani Carew.

— Nie zna pani? Ach, ona jest szalenie miła i bardzo ładna: ma takie piękne czarne loki. Ja bym chciała mieć takie, jak pójdę do nieba. Ale mniejsza o to. Możliwe, że ją spotkam, bo bardzo bym chciała, żeby pani ją poznała. O Boże! Jakie to cudowne auto! Więc tym autem teraz pojedzie-my? — zawołała nagle, gdy przystanęły przed wspaniałą limuzyną, której drzwiczki otwierał teraz szofer w liberii.

Szofer usiłował ukryć uśmiech, lecz mu się to nie bardzo udawało. Pani Carew odpowiedziała takim tonem, jakby auto było dla niej rzeczą całkiem obojętną i stanowiło tylko pewną lokomocję, dzięki której mogła się przenosić swobodnie z jednego miejsca na drugie.

— O, Boże, więc to pani auto? — zapytała Pollyanna, orientując się nagle, gdy spojrzała na swą opiekunkę. — Jakież ono cudowne! Więc pani musi być bogata, strasznie... chciałam powiedzieć: bardzo bogata, bogatsza nawet od tych ludzi, którzy mają dywany w każdym pokoju i jedzą w niedzielę lody, jak White’owie, to jest jedna z tych pań z towarzystwa dobroczynnego i jej mąż. Zawsze przypuszczałam, że oni są bogaci, lecz teraz wiem, że bogaty człowiek to taki, który ma brylantowe pierścionki, dużo służby, futer, suknie jedwabne i aksamitne na co dzień i do tego samochód. Czy pani ma to wszystko?

— Owszem, tak, przypuszczam, że mam — przyznała pani Carew z bladym uśmiechem.