— Przypuszczam, że tak, mój chłopcze. Ale myślę w tej chwili o sobie. Jak sądzisz? Skoro znalazła siostrzeńca, czy mam prawo teraz występować z moją propozycją?
— Ty? Czy sądzisz, że cośkolwiek mogłoby pokrzyżować twoje plany? — oburzył się Jimmy całkiem szczerze. — Możesz się o to nie martwić. Będzie miała teraz swego Jamiego i... — umilkł nagle, przejęty dziwnym niepokojem. — Boże drogi! Wuju Johnie, zapomniałem o Jamiem. Cóż on teraz, biedak, pocznie?
— Tak, i ja o nim myślałem. Chociaż jest przecież zaadoptowany, prawda?
— Tak, ale nie o to chodzi. Lecz o to, że nie jest prawdziwym Jamiem, a sam nie może sobie dać w życiu rady! Ta wiadomość może go zabić. Słyszałem, jak mówił to kiedyś. Zresztą Pollyanna i pani Carew wspominały mi o tym, że przyzwyczaił się do myśli, że jest owym zaginionym siostrzeńcem i to mu właśnie daje szczęście. Boże święty! Nie mogę mu odebrać tej złudy. Ale co mam robić?
— Sam nie wiem, mój chłopcze. Nie widzę tu żadnego wyjścia.
Zapadło dłuższe milczenie. Jimmy w dalszym ciągu spacerował po pokoju. Nagle zatrzymał się z rozjaśnioną twarzą.
— Znalazłem wyjście i jestem pewny, że pani Carew na to się zgodzi. Nie powiemy nikomu, oprócz pani Carew, a poza tym Pollyannie i jej ciotce. Im muszę powiedzieć — dorzucił zdecydowanie.
— Naturalnie, że musisz, mój chłopcze. A jeżeli chodzi o innych... — John Pendleton umilkł z powątpiewaniem.
— To przecież nikogo nie obchodzi.
— Ale pamiętaj, że czynisz poświęcenie. Powinieneś się nad tym zastanowić.