I tak się stało, że pani Carew, którą wszystko drażniło, a najbardziej nie lubiła dowiadywać się o obcych ludziach, ku swemu własnemu zdziwieniu wysłuchała historii o brodawce na nosie niejakiej pani Peck.

Zanim opowiadanie dobiegło do końca, limuzyna wjechała na Commonwealth Avenue i Pollyanna nagle zaczęła się zachwycać wspaniałą ulicą, na której był „taki piękny, długi dziedziniec, który przecinał ją przez sam środek” i która była jeszcze ładniejsza, jak stwierdziła, „po tych wszystkich wąskich uliczkach”.

— Jestem pewna, że wszyscy chcieliby na niej mieszkać. — zawołała w pewnej chwili z entuzjazmem.

— Prawdopodobnie, ale niestety, to byłoby niemożliwe — odpowiedziała pani Carew, marszcząc czoło.

Pollyanna, biorąc ten grymas swej opiekunki za wyraz niezadowolenia z tej przyczyny, że jej własny dom nie znajdował się na tej pięknej ulicy, pospieszyła z zapewnieniami.

— Ależ nie, oczywiście że nie — uspokajała. — Nie uważam wcale, że te węższe uliczki są takie brzydkie. Może nawet wygodniejsze są pod pewnym względem, bo o wiele łatwiej przedostać się na drugą stronę, gdy się chce kupić w sklepiku jajka lub chleb... Ach, więc pani też tutaj mieszka? — zdziwiła się nagle, gdy auto przystanęło przed wspaniałą bramą domu pani Carew. — Więc pani tutaj mieszka?

— Ależ tak, oczywiście, że tu mieszkam — odparła dama najwyraźniej zirytowana.

— Ach, jaka pani musi być szczęśliwa, że może pani mieszkać w tak cudownym miejscu! — zawołała dziewczynka, wyskakując na chodnik i rozglądając się gorączkowo dokoła. — Jest pani szczęśliwa?

Pani Carew nie odpowiedziała. Bez uśmiechu, ze zmarszczonymi brwiami wysiadła z limuzyny.

Po raz drugi w ciągu pięciu minut Pollyanna usiłowała ją uspokoić.