— Ja się jednak lękam, że on nie żyje, Pollyanno — jęknęła pani Carew.

— Ale pani na pewno tego nie wie, prawda? — pytała niespokojnie dziewczynka.

— Nie.

— Wobec tego trzeba sobie koniecznie wyobrazić — zawołała Pollyanna z triumfem. — Jeżeli wyobraża sobie pani, że umarł, to tak samo może pani sobie wyobrazić, że żyje, a przecież to drugie będzie o wiele przyjemniejsze. Czy nie mam racji? Jestem pewna, że któregoś dnia go odnajdziemy. Jakże się cieszę, bo teraz wreszcie będzie pani mogła grać w moją grę! Będzie pani w nią grała dla dobra Jamiego. Będzie pani codziennie zadowolona, bo przecież każdy dzień zbliża nas do tej chwili, kiedy go odnajdziemy, rozumie pani?

Ale pani Carew nie rozumiała. Wstała ociężale z krzesła i odparła:

— Nie, nie, moje dziecko! Ty mnie nie rozumiesz, nie rozumiesz mnie absolutnie. Idź sobie teraz i poczytaj trochę, a zresztą możesz robić, co ci się podoba. Mam okropną migrenę i muszę się położyć.

Pollyanna z zasmuconą twarzyczką wolno wyszła z pokoju.

Rozdział V. Pollyanna wybiera się na spacer

Było to w drugą sobotę po południu, gdy Pollyanna wybrała się na pamiętny spacer. Dotychczas nigdy nie spacerowała sama, z wyjątkiem krótkiej drogi do szkoły i z powrotem. To, że kiedykolwiek na własną rękę zwiedzi ulice Bostonu, nie powstałoby nigdy w głowie pani Carew i dlatego też nigdy z nią na ten temat nie mówiła. W Beldingsville jednakże, szczególnie z początku, Pollyanna znajdowała wielką przyjemność w spacerowaniu po uliczkach miasteczka, zajęta poszukiwaniem nowych przyjaciół i nowych przygód.

Właśnie owej soboty po południu pani Carew powiedziała, jak zwykła mawiać często: