— W każdym razie powinnam być z tego zadowolona — rzekła do siebie — bo teraz może spotkam kogoś milszego — może Zuzię Smith albo nawet małego Jamie pani Carew. Muszę sobie chociaż wyobrazić, że ich spotkam, a jeżeli nie ich, to na pewno spotkam kogoś! — dorzuciła, błądząc wciąż zaciekawionym wzrokiem po twarzach mijających ją przechodniów.
Niewątpliwie Pollyanna była samotna. Wychowana przez ojca i panie z Towarzystwa Dobroczynności, w małym miasteczku na Zachodzie, uważała każdy dom w miasteczku za swój dom, a każdego mężczyznę, każdą kobietę i każde dziecko za swych przyjaciół. Przybywszy do swej ciotki, mieszkającej w Vermont, w jedenastym roku życia, orientowała się, że warunki zmieniły się o tyle, że tutaj znajdzie nowe domy i nowych przyjaciół, może o wiele milszych, bo będą w każdym razie „inni”, a Pollyanna tak lubiła „inne” rzeczy i „innych” ludzi! Największą jej rozkoszą w Beldingsville było chodzenie po miasteczku i składanie wizyt tym wszystkim przyjaciołom, których niedawno poznała. Zupełnie więc naturalne, że Boston od pierwszego wejrzenia wydał się Pollyannie jeszcze bardziej obiecujący, mający możność dostarczenia jej wszelkich ciekawych atrakcji.
Tym razem jednak Pollyanna musiała przyznać, że Boston ją rozczarował. Przebywała tutaj już prawie dwa tygodnie, a nie znała jeszcze ludzi, którzy mieszkali na tej samej ulicy, czy w najbliższym sąsiedztwie. Najdziwniejsze było to, że pani Carew także ich prawie nie znała. Okazywała właściwie zupełną obojętność w stosunku do swych sąsiadów, którzy z punktu widzenia Pollyanny byli przecież ludźmi naprawdę interesującymi i chociaż usiłowała przekonać o tym panią Carew, wszelkie jej wysiłki w tym kierunku na nic się nie zdały.
— Ludzie mnie nie interesują, Pollyanno — odpowiadała zazwyczaj opiekunka i Pollyanna, którą ludzie bardzo interesowali, musiała się tą odpowiedzią zadowolić.
Dzisiaj na spacerze Pollyanna była przepełniona nadzieją i nie liczyła się absolutnie, że spotka ją rozczarowanie. Dokoła niej znajdowali się ludzie, którzy bez wątpienia musieli być szalenie mili, gdyby ich Pollyanna mogła bliżej poznać. Ale niestety nie znała tu nikogo. Co gorsza, ludzie ci nie starali się wcale, aby ich poznała i najwidoczniej sami nie mieli najmniejszej ochoty do zawarcia z nią znajomości. Pollyanna jeszcze ciągle przypominała sobie surowe ostrzeżenie piastunki na temat „obcych dzieci”.
— Muszę koniecznie ich wszystkich przekonać, że nie jestem żadnym obcym dzieckiem — rzekła wreszcie do siebie, idąc wciąż odważnie naprzód.
Przejęta tą myślą, uśmiechała się serdecznie do wszystkich, a jeszcze serdeczniej uśmiechnęła się do następnej spotkanej osoby, zagadując swobodnie:
— Piękną mamy dzisiaj pogodę, nieprawdaż?
— Hm... co takiego? O tak, owszem — mruknęła dama, do której te słowa były zwrócone, przyśpieszając jednocześnie kroku.
Jeszcze dwukrotnie Pollyanna próbowała tego eksperymentu, lecz za każdym razem bez rezultatu. Wkrótce dotarła do małej sadzawki, którą widziała z daleka ozłoconą promieniami słońca. Piękna to była sadzawka i na jej powierzchni kołysało się kilka małych łódek, z których dochodziły rozradowane śmiechy dziecięce. Obserwując te łódki, Pollyanna była coraz bardziej niezadowolona z tego, że jest taka samotna. W tej samej chwili dostrzegła mężczyznę, siedzącego również samotnie w pobliżu, skierowała się w jego stronę i przysiadła na przeciwnym końcu ławki. Usiadłszy, poczęła bez wahania przysuwać się do nieznajomego, pragnąc z nim zawrzeć znajomość, pewna, że chętnie ten odruch z jej strony przyjmie. Spojrzała nań, przejęta zaufaniem.