— No, tak — wyjaśniła Pollyanna, otwierając szeroko oczy — za tramwaj płaci się po pięć centów od osoby, a auto nic nie kosztuje, bo jest pani własnością. Ja zresztą bardzo lubię auto — zapewniła, nie pozwalając pani Carew dojść do słowa. — Tylko że tramwaj jedzie wolniej, więc można swobodnie obserwować tych wszystkich ludzi, którzy chodzą po ulicy, a to jest takie przyjemne, nieprawdaż?
— Tego bym nie powiedziała, Pollyanno — mruknęła pani Carew, wychodząc z pokoju.
Zdarzyło się, że w dwa dni później pani Carew jeszcze więcej dziwnych rzeczy usłyszała o Pollyannie — tym razem z ust Mary.
— To jest naprawdę zabawne, łaskawa pani — opowiadała Mary z powagą, odpowiadając na zapytanie swej chlebodawczyni. — Zadziwiające, jak Pollyanna doskonale czuje się między ludźmi, nie zdradzając najmniejszego onieśmielenia. Zasadniczo sama ich nie zaczepia. Nic podobnego. Tylko uśmiecha się do nich pogodnie i to wszystko. Sama widziałam, jak wsiadłyśmy do tramwaju pełnego mężczyzn, kobiet i dzieci, że na widok Pollyanny wszyscy się od razu rozweselili. Dorośli przestali się kłócić o miejsca, a dzieci przestały płakać. Czasami wystarcza, żeby panna Pollyanna powiedziała coś do mnie i żeby inni to słyszeli. Czasami znów powie tylko komuś „dziękuję” za ustąpienie miejsca, a tamten już z nią jest w przyjaźni. Ma dziwny sposób uśmiechania się do psów i dzieci. Każdy pies na jej widok macha ogonem, a każde dziecko, małe czy większe, nabiera do niej zaufania. Jeżeli zdarzy się tak, że wsiądziemy do niewłaściwego tramwaju, to nawet konduktor, patrząc na pannę Pollyannę, nie może się na nas gniewać.
— Hm, bardzo dziwne — wyszeptała pani Carew, odchodząc.
Październik był tego roku szczególnie ciepły i pogodny, toteż trudno było komukolwiek w domu uzbroić się w taką cierpliwość, aby stale przebywać na spacerach z Pollyanną. Pani Carew w pierwszym rzędzie cierpliwością zbytnią nie grzeszyła, a znów Mary zajęcia domowe nie pozwalały na poświęcanie zbyt wiele czasu Pollyannie.
O trzymaniu dziecka w czterech ścianach pokoju podczas pogodnych, słonecznych dni nie mogło być mowy. Stanęło więc na tym, że Pollyannie wolno było wychodzić samej do sąsiedniego parku publicznego, gdzie przebywała codziennie po kilka godzin. Pozornie więc była znowu tak samo wolna jak dawniej, lecz w gruncie rzeczy otaczały ją wysokie i nieprzebyte mury codziennego regulaminu.
Nie wolno jej było rozmawiać z obcymi ludźmi, nie wolno było bawić się z obcymi dziećmi i w żadnym wypadku nie wolno jej było wychodzić poza obręb publicznego parku. Na domiar wszystkiego Mary, która ją przez pierwsze dni odprowadzała do parku, długo upewniała się, czy dziewczynka zna dokładnie powrotną drogę do domu i czy przypadkiem nie zabłądzi, przechodząc z ogrodu przez ulicę Arlington na Commonwealth Avenue. Pollyanna musiała wracać z parku wówczas, gdy zegar na wieży kościelnej wydzwaniał pół do piątej.
Teraz Pollyanna często udawała się na spacery do parku. Czasami nawet chodziła z którąś z koleżanek szkolnych, częściej jednak wybierała się sama. Mimo braku swobody, mimo ograniczeń, jakie jej narzuciła opiekunka, dziewczynka spędzała czas w parku wspaniale. Mogła przecież swobodnie obserwować ludzi, chociaż nie wolno jej było z nimi rozmawiać, mogła za to rozmawiać z wiewiórkami, gołębiami i jaskółkami, które tak gorączkowo dopraszały się pożywienia i które przywykły już do tego, że Pollyanna zawsze im coś dobrego na podwieczorek przyniosła.
Prawie codziennie Pollyanna rozglądała się uważnie w poszukiwaniu przyjaciół, z którymi zawarła znajomość podczas swojej pamiętnej pierwszej eskapady6 — za mężczyzną, który uradował się, że posiada oczy, ręce i nogi i za przystojną, młodą dziewczyną, która nie chciała dotrzymywać towarzystwa pięknemu młodzieńcowi. Niestety, przyjaciół swych spotkać jakoś nie mogła. Natomiast codziennie widywała młodego chłopca w fotelu na kółkach, z którym szczerze pragnęła porozmawiać. Chłopiec także karmił ptaki i wiewiórki i oswoił je do tego stopnia, że gołębie przysiadały mu na głowie i na ramionach, a wiewiórki zaglądały do kieszeni w poszukiwaniu orzechów. Pollyanna, obserwująca to wszystko z daleka, za każdym razem dostrzegała ten dziwny fakt, że aczkolwiek chłopiec najwidoczniej szczerze rozkoszował się karmieniem swych ulubieńców, to jednak zapasy, jakie przywoził ze sobą, wyczerpywały się bardzo szybko i chociaż wiewiórki domagały się większej ilości orzechów, następnego dnia znowu dostawały ich niewiele.