— Tak — odparła Pollyanna w podnieceniu. — Bo widzisz, był taki mały chłopiec nazwiskiem Jamie Kent, który... — urwała nagle, przygryzając wargi. Przyszło jej na myśl w tej chwili, że lepiej będzie, jeśli nie zwierzy się przed chłopcem ze swojej nadziei, że właśnie on mógł być owym zaginionym Jamiem. Najlepiej samej się najprzód upewnić co do tego, bo gotowa mu zamiast radości dostarczyć tylko jeszcze więcej goryczy. Pamiętała dobrze, jak bardzo rozczarowany był Jimmy Bean, gdy zmuszona była mu powiedzieć, że panie z dobroczynności nie chcą go już więcej i gdy z początku nie chciał go również Pendleton. Postanowiła nie popełniać tego błędu po raz drugi, toteż natychmiast przybrała minę jak najbardziej obojętną i rzekła:
— Ale mniejsza o Jamiego Kenta. Opowiedz mi lepiej o sobie. Jestem szalenie ciekawa!
— Właśnie niewiele jest do opowiadania. Nie wiem o niczym przyjemnym — zawahał się chłopiec. — Podobno ojciec mój był... był bardzo dziwny i nigdy z nikim nie rozmawiał. Sąsiedzi nie znali nawet jego nazwiska, tylko nazywali go „profesorem”. Mamcia powiada, że mieszkaliśmy obydwaj w maleńkim pokoiczku na poddaszu domu w Lowell, gdzie mamcia do tej pory mieszka. Mamcia była wtedy bardzo biedna, ale nie tak biedna jak dzisiaj. Ojciec Jerry’ego żył wówczas i pracował.
— Tak, tak, mów dalej — zachęcała Pollyanna.
— Otóż mamcia powiada, że mój ojciec był chory i stawał się coraz bardziej dziwny, więc oni zabierali mnie do siebie na dół, żebym ciągle tak z nim nie siedział. Mogłem wtedy trochę chodzić, ale moje nogi nie były zupełnie w porządku. Bawiłem się z Jerrym i z jego małą siostrzyczką, która umarła. Gdy ojciec umarł, nie było nikogo, kto by mógł mnie zabrać, więc niektórzy sąsiedzi chcieli mnie oddać do przytułku dla sierot. Wtedy właśnie ta mała dziewczynka umarła, więc powiedzieli, że ja zajmę jej miejsce. I od tego czasu u nich jestem. Czułem się coraz gorzej, a oni też są coraz biedniejsi od czasu, jak ojciec Jerry’ego umarł, trzymają mnie jednak u siebie. No, czy nie uważasz, że to jest prawdziwa miłość bliźniego?
— Tak, o, tak — zawołała Pollyanna. — Ale otrzymają swoją nagrodę, otrzymają na pewno! — Pollyanna drżała już teraz z podniecenia. Ostatni cień zwątpienia pierzchnął bezpowrotnie. Odnalazła zaginionego Jamiego. Była tego pewna. Ale lepiej nic jeszcze nie mówić o tym. Najprzód musi go zobaczyć pani Carew. A później... później! Nawet Pollyannę imaginacja8 zawodziła, gdy chciała sobie wyobrazić panią Carew i Jamiego w tej chwili wielkiego szczęścia.
Skoczyła na równe nogi, nie zważając zupełnie na Sir Lancelota, który wrócił znowu i ośmielił się wejść jej na kolana w poszukiwaniu większej ilości orzechów.
— Muszę już teraz iść, ale jutro tu przyjdę. Możliwe, że przyjdę z jedną panią, którą na pewno chętnie poznasz. Ty będziesz tu także jutro, prawda? — zapytała z niepokojem.
— Oczywiście, o ile tylko będzie pogoda. Jerry przywozi mnie tutaj prawie codziennie rano. Później już by nie mógł, bo musi sprzedawać gazety. Zabieram swój obiad i zostaję do czwartej. Jerry jest bardzo dobry dla mnie, jak brat.
— Wiem, wiem — skinęła głową Pollyanna. — Może znajdziesz kogoś takiego, kto będzie dla ciebie także bardzo dobry — uśmiechnęła się i z uśmiechem tym szybko pobiegła do domu.