— Dokąd pójść?

— Zobaczyć się z moim bratem, proszę pani — wtrącił pośpiesznie chłopak, usiłując być grzeczny. — On jest chory i nie da mi chyba spokoju, dopóki jej nie przyprowadzę. Ciągle myśli o niej.

— Czy mogę pójść, pani mi pozwoli? — prosiła Pollyanna.

Pani Carew nachmurzyła się.

— Pójść z tym chłopcem, ty? Oczywiście, że nie, Pollyanno! Dziwię się, że śmiałaś przez chwilę pomyśleć o tym.

— Ale ja bym chciała, żeby i pani ze mną poszła — szepnęła zawstydzona dziewczynka.

— Ja? Głupstwa pleciesz, moje dziecko! To niemożliwe. Możesz dać temu chłopcu trochę pieniędzy, jeśli chcesz, ale...

— Dziękuję pani, ja tu nie przyszedłem po pieniądze — zawołał chłopak, a oczy pałały mu gniewem. — Przyszedłem tutaj po nią.

— Tak, proszę pani, to jest Jerry, Jerry Murphy, ten chłopiec, który mnie znalazł, jak zginęłam i odprowadził do domu. Czy teraz pozwoli mi pani iść?

Pani Carew potrząsnęła przecząco głową.