— Dodge! — pani Carew drgnęła nagle i dziwna zmiana pojawiła się na jej twarzy. — Nie ma pani chyba na myśli Henry’ego Dodge’a?
— Owszem, proszę pani. Mam wrażenie, że mu właśnie na imię Henry.
Rumieniec zażenowania12 wypłynął na twarz pani Carew, po chwili jednak ustąpił, czyniąc ją jeszcze bledszą niż dotychczas.
— Dobrze, ja... ja się już tym zajmę — wyszeptała niepewnie, idąc ku drzwiom. — Chodźmy, Pollyanno, musimy już teraz iść.
Pollyanna stała pochylona nad łóżkiem, ze łzami w oczach żegnając chorego Jamiego.
— Ale ja przyjdę znowu. Na pewno przyjdę wkrótce — obiecywała serdecznie, wychodząc za panią Carew.
Przez cały czas, gdy schodziły po schodach z trzech wysokich pięter, gdy przedzierały się z trudem przez rozgadany i żywo gestykulujący tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy otaczali zniechęconego Perkinsa i wspaniałą limuzynę — Pollyanna milczała. Lecz doczekawszy się zaledwie, aby szofer zatrzasnął za nimi drzwiczki auta, wyszeptała błagalnie:
— Proszę, bardzo proszę, niech pani powie, że to był Jamie! Jemu byłoby naprawdę dobrze, gdyby to właśnie był on.
— Ale to nie jest Jamie.
— O Boże! Czy pani jest pewna?