Pani Carew poruszyła się niespokojnie. Twarz jej skurczyła się dziwnym grymasem. Błagalnie niemal przywarła do ramienia Pollyanny.
— Daj spokój! — zawołała. — Może ona nie wie, Pollyanno. Na pewno nie wie. Jestem pewna, że nie wie nawet, iż ten dom do niej należy. Ale my to załatwimy, załatwimy z pewnością.
— Ona! Więc to kobieta jest właścicielką tego domu i pani ją zna? I zna pani także administratora?
— Tak — pani Carew zagryzła wargi. — Znam ją i znam administratora.
— Ach, jak ja się cieszę — westchnęła Pollyanna. — W takim razie wszystko będzie w porządku.
— Na pewno będzie lepiej, niż jest teraz — obiecała pani Carew z przejęciem, gdy auto zatrzymało się przed bramą jej mieszkania.
Pani Carew mówiła tak, jak by była pewna tego, co mówi. Może rzeczywiście zrobiła jakieś postanowienie, lecz nie chciała w to wtajemniczać Pollyanny. Przed udaniem się na spoczynek napisała list do Henry’ego Dodge’a, wzywając go na natychmiastową konferencję w sprawie poczynienia pewnych zmian i napraw w jednym z domów, które były jej własnością. W liście było kilka niechętnych zdań na temat „powybijanych okien” i „krzywych schodów”, które to zdania przyprawiły Henry’ego Dodge’a o zły humor i były powodem głośnego przekleństwa, jakie rzucił przez zęby, chociaż w tej samej chwili administrator zbladł nagle i nawiedziło go uczucie panicznego lęku.
Rozdział XI. Niespodzianka dla pani Carew
Po załatwieniu kwestii naprawy uszkodzeń w mieszkaniach, pani Carew doszła do wniosku, że obowiązek swój spełniła i że kwestia raz na zawsze została wyczerpana. Trzeba będzie o tym wszystkim zapomnieć. Ów chłopiec nie był Jamiem, nie ulegało to najmniejszej wątpliwości. Czyż ten chory, niedołężny dzieciak mógł być synem jej zmarłej siostry? Niemożliwe! Postanowiła za wszelką cenę przestać o tym myśleć.
Ale teraz dopiero pani Carew stanęła w obliczu nader dziwnego zjawiska. Choć myśleć o tym wszystkim nie chciała, to jednak okazało się to silniejsze od niej samej. Ciągle miała przed oczyma obraz nędznego pokoiku na poddaszu i rozgorączkowaną twarz chorego chłopca. Ustawicznie szumiało jej w uszach rozrywające serce pytanie „A co, jeżeli to jest Jamie?”. Poza tym ciągle miała przy sobie Pollyannę i aczkolwiek unikała wszelkich rozmów na ten temat, nie mogła uniknąć niemej prośby i wyrzutu odzwierciedlających się w smutnych oczach dziewczynki.