— Rzeczywiście! — oburzyła się opiekunka, orientując się wreszcie, czego od niej „ta bezczelna smarkata” wymaga. — Chciałabyś może, żeby wszystkim tym ludziom odnowić mieszkania, wprawić szyby i wyreparować schody? A może masz jeszcze jakieś życzenie?

— O, tak, miałabym wiele życzeń — westchnęła uradowana Pollyanna. — Widzi pani, oni potrzebowaliby tyle rozmaitych rzeczy! A jak przyjemnie byłoby dać im to wszystko! Jakżebym chciała być bogata i móc także pomagać, ale szczęśliwa jestem, że mogę patrzeć, jak pani to robi.

Pani Carew aż otworzyła usta ze zdziwienia. Nie czekając specjalnej okazji i zdobywając się na najwyższą cierpliwość, wytłumaczyła dziewczynce, że nie ma najmniejszego zamiaru nic więcej czynić w kierunku dopomożenia tym ludziom i że nie widzi powodów, dla których miałaby zmienić to postanowienie. Nikt zresztą nie spodziewa się niczego od niej. Uczyniła wszystko, co było w jej mocy, wykazała całą swą wspaniałomyślność, uskuteczniając naprawy w mieszkaniu Murphych i Jamiego. To, że była właścicielką owego domu, nie miało przecież nic do rzeczy. Następnie wyjaśniła Pollyannie, że istnieje mnóstwo instytucji dobroczynnych, do których należy niesienie pomocy biednym i że instytucje te zostały już przez nią o wszystkim zawiadomione, miała bowiem do tego prawo, gdyż częściowo wszystkie prawie takie instytucje finansowo podtrzymywała. Ale nawet i teraz Pollyanna nie była jeszcze w zupełności przekonana.

— Nie rozumiem — argumentowała — dlaczego lepiej jest, gdy wszyscy razem niosą pomoc biednym, niż gdyby każda osoba pomagałaby oddzielnie. Ja na przykład wolałabym sama podarować Jamiemu... jakąś piękną książkę od razu zamiast czekać, żeby się tym zajęła jakaś szanowna instytucja; i jestem pewna, że on też wolałby przyjąć podarunek ode mnie.

— Bardzo możliwe — odparła pani Carew, zmęczona już nieco i zniecierpliwiona. — Ale dla samego Jamiego też byłoby lepiej, gdyby dostał tę książkę od towarzystwa, które na pewno potrafiłoby wybrać coś odpowiedniego dla takiego chłopca.

To ją skłoniło w następnej chwili do wypowiedzenia kilku mądrych zdań (ani jednego z nich Pollyanna nie zrozumiała) na temat „pauperyzacji13 biednych”, „zła, jakie sieje dawanie jałmużny” i „marnych efektów pracy niezorganizowanej dobroczynności”.

— Zresztą — dodała w odpowiedzi na ciągle jeszcze zmartwiony wyraz twarzyczki Pollyanny — przypuszczam, że gdybym nawet zaofiarowała pomoc tym ludziom, na pewno by jej nie przyjęli. Pamiętasz, jak pani Murphy oburzyła się w pierwszej chwili, gdy chciałam jej przysłać prowianty i pieniądze, chociaż jednocześnie przyjmowała pomoc od swych sąsiadów z parteru.

— Tak, wiem — westchnęła Pollyanna, odwracając głowę. — Istnieje coś, czego dokładnie nie rozumiem. Ale z drugiej strony nie jest dobrze, że my mamy tyle pięknych rzeczy, a oni w ogóle nic nie mają.

W miarę upływających dni to dziwne uczucie w sercu Pollyanny zamiast przygasać — wzrastało. Wszystkie pytania, jakie zadawała, wszystkie wypowiadane przez nią komentarze, nie przynosiły bynajmniej ulgi zamyślonej wciąż i uparcie milczącej pani Carew. Nawet kontynuowanie gry w zadowolenie Pollyanna uważała za rzecz zupełnie niepotrzebną, twierdząc:

— Nie rozumiem, jak można widzieć w życiu tych ludzi coś, z czego mogliby być zadowoleni. My tylko możemy się cieszyć, że nie jesteśmy tacy biedni jak oni, ale gdy myślę o tym, żal mi ich ogromnie, więc nie mogę nawet cieszyć się z tego. Powinniśmy być raczej zadowoleni, że są biedni, którym możemy pomagać, ale jeżeli im nie pomagamy, to wówczas zadowolenie nasze nie ma zupełnie żadnego sensu. — Jeżeli chodziło o ten problem, Pollyanna nie mogła znaleźć nikogo, kto by go potrafił rozwiązać.