Lecz panny Polly nie było już w pokoju.
*
Kiedyś w końcu sierpnia, kiedy Pollyanna była znów u pana Pendletona, zauważyła na poduszce wąski pas światła, złożonego z kolorów niebieskiego, zielonego, żółtego, czerwonego i fioletowego. Stanęła oczarowana!
— Ach, panie Pendleton, czy pan widział to dziecko tęczy, które przyszło pana odwiedzić? — zawołała z zachwytem. — Ach, jakie to cudne! Jak to się robi?
Pan Pendleton uśmiechnął się od niechcenia. Tego dnia był w wyjątkowo złym humorze i usposobiony nieprzychylnie względem całego otoczenia.
— Mam wrażenie, że te widma słoneczne powstały z promieni odbijających się w ukośnie ściętej krawędzi szkła termometru, umocowanego w oknie. Właściwie termometr jest prawie zawsze w cieniu i tylko z rana przez parę chwil pada na niego słońce!
— Ach, jakie to ładne! — wołała Pollyanna. — I to robi słońce? Gdybym miała taki termometr, trzymałabym go cały dzień na słońcu!
— Ładne byś miała pojęcie o właściwej temperaturze, gdyby tak termometr był stale wystawiony na słońce — roześmiał się pan Pendleton.
— Nie kłopotałabym się wcale o to — odparła Pollyanna, wciąż jeszcze oczarowana blaskami tęczowymi na poduszce. — Czy kogoś, kto by przez cały dzień przebywał w tęczy, mogłaby obchodzić temperatura?
Pan Pendleton znów się uśmiechnął. Obserwował uważnie rozpromienioną twarzyczkę Pollyanny i nagle przyszła mu jakaś myśl do głowy. Nacisnął guzik dzwonka elektrycznego.