Rumieniec na jego twarzy wzmógł się jeszcze bardziej. I nic dziwnego: pan Pendleton nigdy nie był człowiekiem zbyt hojnym i dobroczynnym.

— To wszystko drobnostki — mówił dalej — a i to stało się przez ciebie! Owszem, tak jest — dodał, widząc przeczący ruch Pollyanny — i wszystko to świadczy właśnie o tym, jak bardzo jesteś mi potrzebna. Jeśli chcesz, Pollyanno, abym nadal grał w zadowolenie, powinnaś na stałe do mnie przyjść, aby grać ze mną razem — mówił głosem coraz to cichszym i bardziej błagalnym.

Pollyanna zamyśliła się.

— Ciocia Polly jest tak dobra dla mnie — zaczęła, lecz pan Pendleton przerwał natychmiast. Twarz jego znów przybrała dawny wyraz podrażnienia. Niecierpliwość nieznosząca sprzeciwu za długo trzymała go w swych więzach, aby mógł od razu się jej wyzbyć.

— Pewnie, że jest dobra dla ciebie, ale ani w połowie nie potrzebuje cię tak, jak ja!

— Ależ, proszę pana, ja wiem, że ona jest zadowolona, że ma...

— Zadowolona? — przerwał znów pan Pendleton, tracąc ostatecznie cierpliwość. — Mogę się założyć, że panna Polly nie wie nawet, co znaczy być zadowoloną! Ona tylko spełnia swój obowiązek! O, tak! Jest to osoba nadzwyczaj obowiązkowa. Doświadczyłem tego sam w swoim czasie! Przez te ostatnie piętnaście czy dwadzieścia lat nie byliśmy wielkimi przyjaciółmi! Znam ją dobrze i wszyscy ją znają! Nie należy ona do rodzaju ludzi „zadowolonych”, Pollyanno! Niezdolna jest do tego... Zresztą zapytaj, czy się zgodzi oddać cię. Bo ty, moja maleńka, jesteś mi bardzo, bardzo potrzebna!

Pollyanna westchnęła głęboko i wstała.

— Dobrze, zapytam — powiedziała. — Oczywiście nie znaczy to, żebym nie chciała u pana zamieszkać, lecz...

Ale nie dokończyła zdania i na chwilę cisza zapanowała w pokoju.